[MC] Widokowo

Ostatnie trzy dni praży, zmienia się jedynie natężenie. Skutki tego odczuwam na plecach, które z kolei pieką, bo optymistycznie założyłam, że godzina spaceru (na górę wyciągu, przez las ze Zgorzeliska na Tarasówkę i potem na dół, do doliny MC), głównie w cieniu, nie wymaga zasłaniania karku i innych nieopalonych części górnej części ciała. Optymizm czasem potrafi dopiec. I tak było w tem przypadku.

Na szczęście nie psuje mi to wspomnień z niesamowitych panoram, jakie mogłam stamtąd zobaczyć.

Widoczność świetna, do tego przyjemny powiew i mnóstwo pięknie kwitnącej zieleniny. Niestety w tym roku nie udało mi się upolować wypatrzonego tam dwa lata temu podkolana białego (storczyk taki), który cudnie pachnie. Może wcześnie zapolowała na niego działająca tam w pobliżu rudo-biała kosiarka z funkcją nawożenia. Przyglądała mi się z zainteresowaniem, choć nie nachalnym zbytnio.

Korzystając ze światła i okazji obfotografowałam obficie kapliczkę na Tarasówce. Jej murowana część powstała jako wotum w intencji powrotu syna z austriackiego wojska – gazda Pawlikowski nosił na własnych plecach kamienie z płynącego dużo niżej potoku i budował. Syn wrócił, chociaż wybuchła zaraz I wojna światowa, a przy kapliczce, chociaż od strony drewnianej przybudówki, co roku na początku redyku odprawiana jest msza na jego początek, połączona z bacowskimi obrzędami, m.in. święceniem owiec.

Figurka na fasadzie, ta po prawej stronie, dowodzi, że róż przystoi także mężczyznom. A co! Spodobała mi się prostota tego wnętrza i jego przytulność, jakoś tak tam domowo. Za to ambonka do czytań wykonana z jednego pnia drzewa (ta w drewnianej części) to arcydzieło minimalizmu i funkcjonalności.

W drodze powrotnej zrobiłam zakupy, mając w pamięci, że następnego dnia wybieram się z, moimi rodzonymi tym razem, braćmi i ich żonami do Doliny Białej Wody. Nie mogłam jakoś się tam wybrać od trzech lat, odkąd ktoś mi tę trasę polecił, ale teraz wydawała się optymalnym rozwiązaniem: panowie mogli zrealizować swoje taternickie zapędy, wchodząc od strony słowackiej, a panie przespacerować się w pięknych okolicznościach przyrody, by spotkać się idącymi z naprzeciwka z panami na trasie i wspólnie wrócić na Łysą Polanę, gdzie czekał na nas samochód. Okazało się, że bracia niezależnie ode mnie wpadli na ten sam pomysł, pozostało więc jedynie go zrealizować, co też radośnie uczyniliśmy.

Miało być pięknie, ale nie sądziłam, że aż tak. Ruch, szczególnie w zestawieniu z, powiedzmy, równoległą, drogą do Morskiego Oka prawie żaden (na marginesie: jeśli ktoś się wybiera do MO, można spokojnie parkować na Łysej Polanie – jest specjalny busik, który za pięć złociszy podwozi do Polanicy; tylko pamiętajcie – Podhale to kraina miliona monet, karta płatnicza zasadniczo sprawdza się przede wszystkim jako narzędzie do wyjmowania kasy ze ściany). Tak więc ruch żaden, za to spore stężenie psów na liczbę osób poruszających się, bo na Słowacji można futrzaka wprowadzać na szlak. Miłe to było.

Pod względem infrastruktury, dolina jest mało zagospodarowana: żadnego schroniska po drodze czy na końcu, jedyna toaleta w sklepie przy parkingu (2 zł), po drodze, na początku, dwa bardzo ładnie obudowane źródełka (jedno przy leśniczówce, ok. 45 min. od wejścia, drugie jakieś 20 min. dalej), potem zostaje tylko potok jako źródło wody.

Jeśli jednak ktoś ceni nieśpieszną wędrówkę łagodnym szlakiem oferującym wspaniałe widoki i to w kameralnym towarzystwie – polecam wszystkimi odnóżami. Mieliśmy cudną pogodę, a więc i wspaniałą widoczność. Był lekki powiew a im bliżej końca doliny, tym wyraźniej czuło się ożywczy chłodek, który doceniłam, kiedy zeszliśmy w drodze powrotnej w parność i duszność okolic parkingu.

Pierwszy odcinek szlaku jest prawie cały czas po płaskim. To droga szutrowa, do leśniczówki dochodzi nawet szlak rowerowy. Potem wychodzi się na wspaniałą łąkę, szeroką a o tej porze kwitnącą i pachnącą obłędnie. Wychodzi się zaś przez rewelacyjny szlaban, w każdym razie pieszego to on raczej nie zatrzyma.

TANAP to (wyjaśnienie dla tych, co zdążyli zapomnieć) odpowiednik naszego TPN-u. Jak widać, zadbał o mapę i coś w rodzaju szałasów, których kilka było po drodze (preferowałyśmy jednak siedzenie nad potokiem na kamolkach).

Naszym celem było podejście jak najbliżej pod Żabie Szczyty, które tu są w centrum pejzażu (te bardziej z lewej). Z bliska robią porażające wrażenie, tak samo jak spływający z nich wodospad.

Widać, że rok jest suchy, bo o ile w górnym biegu Białka płynie dość energicznie i obficie, to im bliżej Łysej Polany, tym siakaś taka nieśmiała się robi – chowa nurt pod kamieniami albo w cieniu. Widać, jak szeroko potrafi płynąć, po otoczakach będących zwykle jej dnem, w tym roku wyjątkowo suchych.

Całość mnie zachwyciła, a jak jeszcze potem panowie pokazali zdjęcia Litworowego Stawu i reszty cudowności z wyższych rejonów, to już całkiem mnie zmogło. Na Polski Grzebień nie wejdę, ale może kiedyś choćby ten staw? Bywałam już na takiej wysokości, podejście na mapie wygląda na strome, ale do przejścia metodą chwyt zębami i podciągnąć się, w której się specjalizuję. W każdym razie zamarzyło mi się, a do doliny będę wracać – przepiękne miejsce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s