Ostatni nawrócony przez św. Piotra z Werony

A przynajmniej ostatni nawrócony za życia św. Piotra. A mówić będziemy o panu w czerwonym wdzianku na poniższym obrazku (tak, ten ze sztyletem):

Fra Angelico, Święty Piotr męczennik (polecam wpis, z którego skopiowałam obraz: https://oczamiduszy.pl/swiety-piotr-inkwizytor/)

Jest to Carino z Balsamo, w martyrologium znany jednak jako br. Piotr, konwers (tak, mam obsesję). Był jednym z dwóch wynajętych morderców, którzy zabili św. Piotra i jego towarzysza, o. Dominika. To Carino zadał cios w głowę, dzięki któremu męczennik zyskał swój atrybut, a kiedy okazało się, że dominikanin żyje i nawet własną krwią jeszcze pisze wyznanie wiary, morderca dobił go sztyletem.

Chociaż zadbał o brak świadków i uciekł z miejsca zbrodni, jednak wkrótce go schwytano. Inkwizytor nie był zresztą jego pierwszą ofiarą – Carino już wcześniej słynął z okrucieństwa, zresztą nie bez powodu właśnie jego zatrudniono do usunięcia niewygodnego zakonnika. Chciano mieć gwarancję, że będzie to zrobione skutecznie.

Morderca stanął więc ostatecznie przed sądem w Mediolanie. Tam wydał spisek tych, którzy go opłacili, ale tylko on został skazany. I tu zaczyna się sedno tej opowieści. Otóż w drodze do Rzymu, gdzie miał być ostatecznie osądzony przez sąd papieski (zabójstwo inkwizytora należało do zakresu sądownictwa kościelnego), w Forli, gwałtownie zachorował i trafił do hospicjum św. Sebastiana. Jego stan się szybko pogarszał, więc przerażony wizją śmierci, a przede wszystkim wiecznego potępienia, poprosił o spowiedź. I któż przyszedł do niego z tym sakramentem? Przeor dominikanów.

Nie sądzicie, że jest coś niesłychanie pięknego w tym, że skruszonemu zabójcy wyświadcza miłosierdzie członek rodziny zabitego?

Historia ta ma oczywiście ciąg dalszy. Carino wraca do zdrowia, zamiast jednak być sądzonym przez sąd papieski trafia do dominikańskiego nowicjatu dla braci konwersów. W jego przypadku nazwa „konwers” pasuje idealnie – jak się okazuje wtedy i przez następne 40 lat (do 1293 r.) zabójca rzeczywiście był conversus – nawrócony. Całym sercem przylgnął do tego powołania i stało się ono dla niego drogą do świętości. W imię pokuty zgodził się na bycie posłusznym, miłosiernym i pokornym. Do tego stopnia, że kiedy umiera prosi, by jego ciało pochowano w niepoświęconej ziemi, bo nie jest godzien leżeć na dominikańskim cmentarzu (czyli zapewne w kryptach pod klasztorem/kościołem).

Dominikanie uszanowali jego wolę, ale wtedy wkroczyli do akcji mieszkańcy Forli. Oni nie mieli wątpliwości, że „braciszek Piotr” (przyjął imię swojej ofiary – Piotr z Werony był kanonizowany w błyskawicznym tempie) jest świętym. Wymusili ekshumację, a nawet umieszczenie ciała w takim miejscu, by można było się przy nim modlić. Chciano zapamiętać wyświadczone przez br. Piotra za życia miłosierdzie i dobro, ale też uznano go za godnego zaufania wstawiennika.

Ostatecznie kult błogosławionego eksmordercy z Forli został oficjalnie uznany w 1822 r., choć jego relikwie przeniesiono do katedry dużo wcześniej. Do kanonizacji nie doszło, bo w międzyczasie zmarł ówczesny papież, Pius VII, a potem jakoś tak… po dominikańsku… nie było okazji… (dobra, miłość uszczypliwa mi się ulała). Niedawno dokonano rekognicji relikwii, więc kto wie, może błogosławiony wkrótce będzie świętym. A jego woskowa podobizna wygląda obecnie tak:

Postanowiłam o nim napisać we wspomnienie św. Piotra z Werony z powodu fragmentu z listu br. Rodryga z Atencji, w którym opisuje on męczeństwo inkwizytora:

On [męczennik] zaś […] gdy go zabijano, na wzór Zbawiciela nie narzekał, nie bronił się, nie uciekał, lecz wszystko wytrzymał i przebaczył krzywdę zabójcy, a modląc się za niego, wzniósł ręce do nieba i głośno zawołał: „W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mego”.

za: proprium Zakonu Kanodziejskiego, wspomnienie św. Piotra z Werony, Godzina czytań

Myślę, że w żadnym momencie swojego dominikańskiego życia św. Piotr nie był bardziej inkwizytorem niż w tamtym momencie. Inquisitio to poszukiwanie, a tu dominikanin nie tylko poszukiwał, ale i znalazł owieczkę, której piekielny los wydawał się już przesądzony. Na szczęście i owieczka poszła po rozum do głowy i miłosierdzie do serca, dzięki czemu przyjęła ofiarowane jej uniewinnienie.

Piękna historia. I o konwersie! (czy już wspominałam, że mam lekką obsesję?).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s