[Gwala] Freta

Czasem mam wrażenie, że wywołuję po imieniu tych, co odeszli, z limbusa archiwów i morza niepamięci. Patrzę więc na zdjęcia braci i uczę się łączyć ich imiona z twarzami, a potem z konkretnymi wydarzeniami, miejscami i czasem. Ten ostatni czasem miłosiernie, a czasem zupełnie bez miłosierdzia uśmiercił dużą część ich opowieści. Jednak, zawołani, czasem odpowiadają i opowiadają. Przez swoje listy, wspomnienia – własne lub cudze. Niekiedy nawet przez sam sposób pisania lub narracji, w której przejawia się ich osobowość. Bywa też, że zostały też lub tylko ich dzieła materialne.

Teraz br. Gwala zaprowadził mnie na ul. Freta, do konwentu św. Jacka. Ile razy tam jestem, mam wrażenie, że nadal słyszę krzyk tych, którzy zginęli pod gruzami kościoła w 1944 roku. Niemcy, wiedząc, że mieści się w nim siedziba dowództwa, zbombardowali budynek, grzebiąc pod ruinami rannych (był tam też lazaret) i chroniącą się w piwnicach ludność cywilną. Potem ostrzelali na tyle skutecznie stojącą obok campanillę (obecnie mieści się tam kawiarnia To lubię), że zawaliła się na resztki kościoła.

Co zadziwiające, frontowa fasada pozostała nietknięta, a z nią wieńczące ją trzy figury: Matki Bożej, św. Dominika* i św. Jacka. Górując nad morzem gruzów, niemo zapowiadały, że historia tego miejsca się nie zakończyła.

figura św. Jacka z fasady kościoła OP na ul. Freta, ok. 1947 (fot. Archiwum Polskiej Prowincji Dominikanów)

Klasztor żyje, od lat sześćdziesiątych XX wieku mieści się w nim nawet siedziba władz prowincji. Przyjął mnie w nim o. Darek Kantypowicz i podzielił się też swoim zbiorem zdigitalizowanych archiwaliów. Perełki i powinny skutecznie uzupełnić luki w historii brata. Zapewnił mi także serdeczną gościnę oraz oprowadził po budynku, pomagając określić, które pomieszczenia mogą mieć na myśli autorzy źródeł (ach to upodobanie do nazw zwyczajowych, przy czym zwyczaje to do siebie mają, że co jakiś czas się zmieniają…).

Brat Gwala pracował tam na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych w redakcji „Róży Duchownej”. Miała tam iście luksusowe warunki w pomieszczeniach składających się zasadniczo jedynie ze ścian, podłóg i sufitów (powiedzmy: stan surowy otwarty). Czeka mnie więc przynajmniej szkicowe napisanie o tym, jak odbudowywano ten klasztor, bo bez tego historia mojego bohatera pozostaje niepełna. Przydadzą się też ze trzy zdania o początkach dominikańskiej obecności w Warszawie.

Pierwszy w Rzeczpospolitej kościół pw. św. Jacka, którego budowa zaczęła się zaledwie 11 lat po kanonizacji, cieszył się, jak wszystkie OP klasztory, przychylnością króla i możnych. Co ciekawe, kiedy w 1864 roku władze carskie skasowały dominikanów, oni wcale nie znikli z Warszawy – pozostali tercjarze. Fraternia świeckich OP związana z tym klasztorem jeszcze po II wojnie światowej była najliczniejsza w całej Polsce, licząc dobre kilkaset osób. Kiedy w latach trzydziestych ojcowie bywali w stolicy ze względu na starania o budowę konwentu w Służewie, to zdarzało się, że zatrzymywały ich, prawie że płacząc z radości, tercjarki, i zapewniały o swoim ukontentowaniu z ich powrotu (o czym pisze w swoich wspomnieniach niezawodny o. Markiewicz). Zresztą pierwszymi stale obecnymi dominikanami w Służewie też byli świeccy – ojcowie zaczęli przygotowania do „desantu” m.in. od założenia fraterni III zakonu.

Freta pozostało więc, nawet jeśli msze sprawowali tam księża diecezjalni, domem dominikańskim. Co prawda wrócił on do prawowitych mieszkańców w formie ruin porastających już drzewami, oni jednak zamiast narzekać, przekierowali energię na odgruzowywanie i pielgrzymowanie po urzędach. Pierwszą mszę odprawiono w ocalałej cudem z bombardowań kaplicy Matki Bożej wiosną 1947 roku. W ołtarzu stanęła wtedy rzeźba Matki Bożej autorstwa Zofii Trzcińskiej-Kamińskiej (a jakże, tercjarki OP), po pewnym czasie zastąpiona obrazem z Czortkowa. Wizerunek Maryi pochodzący z miejsca, w którym zginęli w czasie wojny dominikańscy męczennicy, wspaniale wpasował się w przestrzeń także przecież naznaczoną śmiercią niewinnych.

Ujmuje mnie analogiczność budowy i odbudowy, którą zresztą odnotowuje też o. Ludwik Zmaczyński w kronice odbudowy. Ojciec Bzowski zaczął budowę od mszy wotywnej do Ducha Świętego w małej kapliczce, po czym zaczęto wznosić prezbiterium. Ojciec Zmaczyński zaczął od mszy w ocalałej kaplicy i też odbudowa ruszyła najpierw w prezbiterium. Pewne metody działania pozostają niezmienne od wieków i chyba słusznie, skoro okazują się tak skuteczne.

* Na zdjęciach nie widać, co prawda, figury św. Dominika, jednak przypuszczam, że skoro ocalała znajdująca się tuż za nim i nieco poniżej kaplica, to święty też pewnie pozostał na swoim miejscu. Swoją drogą, najbardziej narażony na zniszczenie był Jacek, ale najwyraźniej ponownie postanowił przypilnować, żeby Matce Bożej, stojącej na szczycie fasady, nic się nie stało 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s