[MC 2021 lato] Przed burzą

Wieczorem ciemność nadciągnęła nad góry. Ciężka, rozjaśniania wyładowaniami, tocząca basowym głosem po okolicy. A potem przyszedł deszcz, błogosławione orzeźwienie.

Cały dzień, już od poranka, zapowiadał nadejście wieczornej burzy żarem i duchotą, mimo to udało mi się przejść trasę, którą zaplanowałam, i bardzo mnie to cieszy. Pojechałam rano do Kir i z Doliny Kościeliskiej poszłam Ścieżką nad Reglami:

W Kirach remont, jeszcze nie ma sezonu, a już korki. Nam udało się dojechać bez dłuższych postojów, ale przewężenia trudno nie zauważyć. Wchodząc do doliny, spotkałam znajomego – jakoś tak co roku na siebie wpadamy. Nie powiem, miłe to było spotkanie.

Uiściwszy siedem złociszy za wstęp, weszłam na szlak. Na łące u początku doliny prażyło jak na patelni, jednak widoki były zacne. Trzeba przyznać, że Kościeliska potrafi zachwycić.

Jak widać, woda niska a suchość taka, że ktoś postanowił powiesić w charakterze prania kiść bzu. Kwitnie go tu teraz moc i z równą mocą pachnie.

Na trasie było bardzo ptasio. Już przy wejściu na czarny szlak miałam okazję popodziwiać pana ziębę. Potem na jednej z sosen sikorki sosnówki karmiły swoje podloty – co przy tym było pisku, hałasu i trzepotania. Pewnie dlatego nie zauważyły, że jakiś człowiek stoi i się na ten spektakl patrzy.

Na Przełęczy pod Grzybowcem pojawiła się sójka, najwyraźniej licząc na to, że coś apetycznego po sobie zostawimy. Schodząc już do Strążyskiej wyhaczyłam, czy właściwie uciekł mi spod stóp samczyk drozda obrożnego. Podobno ptak rzadki, a ja w tym roku co wyjdę w góry, to na jakiegoś się natykam. Ten siadł niedaleko, najwyraźniej zirytowany tym, że ktoś mu utrudnił polowanie, i licząc na szybki powrót do działalności spożywczej. W międzyczasie też spłoszyłam płochacza halnego, pozostając z zagadką, co to za ptasię większe od kopciuszka a ewidentnie kolorystycznie podobne. Na szczęście jest internet…

Poza tym skrzydlatym elementem przyrody miałam co podziwiać widokowo, bo pogoda była cudna. Poniżej widoczek z początku czarnego szlaku, widok z podejścia na Przysłop Miętusi na Kazalnicę Miętusią, widok z przysłopu na Upłazieńską Kopkę i szałasy na tamtejszej hali oraz Dolina Małej Łąki, po której pięknie przepływały plamy słońca, bo w międzyczasie zaczęło się już chmurzyć konkretnie.

Na przysłopie natknęłam się na wolontariuszkę TPN-u, pełniąca funkcję gadającego znaku ostrzegawczego. Trwa właśnie remont łańcuchów w Kobylarzowym Żlebie i nie da się ani wejść od, ani zejść do Przysłopu z Ciemniaka. Pani spędza tam całe dniówki, lojalnie uprzedzając chętnych, że tą trasą przejść się nie da. Doceniam trzeźwość zarządu parku, który nie ma złudzeń, że sama taśma i tabliczka, waląca po oczach żółtym kolorem, są w stanie wystarczyć. Zresztą podobno są i tacy, po których nawet ustny komunikat spływa. No cóż, jeśli chcą wracać trasą, którą weszli, a w międzyczasie zarobić mandat – ich wola.

Bardzo miło się z panią gawędziło, okazało się, że obie namiętnie czytujemy „Tatry” i ogólnie nadajemy na tych samych falach, jeśli chodzi o góry. Pogadałam, pojadłam i ruszyłam w dół. Minęłam mój ulubiony malinowych chruśniaczek na tej hali i zaczęłam wypatrywać chatki grotołazów w lesie. Chatka stoi, ale lasu już nie ma. Jak większość świerczyn najpierw został podgryziony przez korniki a potem halny wziął się za jego sprzątanie.

Wspięłam się więc w upale na Przełęcz pod Grzybowcem. Spotkałam tam wiele osób idących na lub schodzących z Giewontu, nawet jedną panią z kolanem w elastycznym bandażu, która jednak dzielnie weszła i zeszła z góry z krzyżem. Szlak z przełęczy ku Strążyskiej nieodmiennie wiąże się dla mnie z Dylematem Gęsiej Szyi: co gorsze – wchodzić, czy schodzić? I odpowiedź też nieodmiennie ta sama – nie wiadomo.

Szlak wczoraj był suchy, więc stabilny, jednak ten ciąg serpentyn i kamiennych stopni daje popalić każdemu. Moje kolana też protestowały. Jednak nie zabrakło i miłych akcentów: cudnej urody żuka i miło szumiącego potocka.

W Strążyskiej tłumek, głównie rodziny z dziećmi. Kapnęło na mnie nieco z nieba, więc na wszelki wypadek założyłam osłonę na plecak, na szczęście nie była potrzebna. Potem pół godzinki spaceru w dół i już mogłam łapać busa do centrum (mnie wcześniej złapał leń i nie chciało mi się iść). W ostatniej chwili musieliśmy się przesiadać, bo pani kierowcy wypadły zęby. Naprawdę – odkleiła się jej korona, którą miała na przednich siekaczach i musiała na szybko jechać do protetyka. Na szczęście był już drugi bus (jeździ tam linia regularna nr 12) i pojechaliśmy radośnie do samego Zakopanego. Idąc z przystanku, najpierw zachwyciłam się bryłą kamienicy, koło której tyle razy już przechodziłam, a potem rozbawił mnie widok wyrastającego z jej komina drzewka.

Jeszcze tylko zakupy, lody i kawa u Żarneckich. A potem można było wracać w poczuciu dobrze przeżytego dnia. Na przystanku jeszcze spotkałam panią od kolana w elastycznym bandażu i jej męża, więc chwilę pogawędziliśmy. Odjechali wcześniej ode mnie.

Było też trochę obserwacji florystycznych, ale do ich opisania potrzebuję atlasu, który niestety został w Krakowie. Pewna jestem tylko zerwy kulistej (niebieska kulka) i storczyka, a właściwie całych ich stad rosnących na ścieżce do przysłopu i nie tylko tam. Piękne są.

To białe cudo z pierwszego zdjęcia tak pachniało miodem, że robiło się słodko w ustach. Pszczoły i inne owady tak namiętnie uwijały się przy zbieraniu pożytku, że poszycie brzęczało wręcz i to w różnych tonacjach. Bardzo miły burdon dla wędrówki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s