Wawel. Odrodzenie (wpis sponsoruje cyferka 1)

Krakusieję. Wizja wejścia za 1 (jeden) złoty polski na wystawę arrasów okazała się tak kusząca, że rzuciwszy wszystko, nabyłam bilet drogą internetową i dziś udałam się w celu zwiedzawczym na rzeczone Wzgórze. Tam okazało się, że oprócz cudownego widoku na stada obłoków na niebie i Tatry (pozdrawiamy o. Rafała!) jest dalsza promocja i mogę za jedyny 1 (jeden) złoty polski obejrzeć też Cranacha! Nawet godzinowo się zgrywało.

Radość z promocji tak podniosła mi ciśnienie, że wzgardziwszy kawą (wiem, wiem, herezja…), ruszyłam podziwiać Madonnę pod Jodłami i resztę (sztuk trzy) obecnych tam obrazów (link do strony wystawy).

Przy okazji dokształciłam się na także temat tego, że Cranach starszy choć artysta, to miał smykałkę do interesów. Nie tylko miał warsztat malarski, ale kupił też las i tartak, żeby mieć za darmo podobrazia, aptekę, żeby móc samemu sprowadzać barwniki i resztę chemii malarskiej etc. Nic dziwnego, że bardzo szybko znalazł się w gronie najbardziej zamożnych a więc i szanowanych obywateli Kronach. Na wystawie można też poczytać o jego powiązaniach z Marcinem Lutrem oraz o samej stylistyce malarskiej.

Perłą prezentacji jest Madonna pod Jodłami – gdyby była wystawiona nawet tylko ona, byłoby warto przyjść. Cudność pod wieloma względami, bo od uchwyconej z wielką delikatnością relacji między Synem a Matką po dopieszczone tło. Tu na zachętę wrzucam detale, m.in. sygnet ze znakiem „firmowym” pracowni.

Trzecie ze zdjęć to oczywiście już inny obraz – Jezus błogosławiący dzieci. Rozczulił mnie ten osobnik żujący (chyba…) szatę Jezusa na plecach. Oprócz tego jest jeszcze jedna Madonna oraz dwa portrety, w tym jeden pędzla Cranacha młodszego.

A potem było danie główne, czyli wszystkie arrasy króla, dosłownie wszystkie, a przy okazji też powtórka z sal reprezentacyjnych Zamku Królewskiego. Już zapomniałam, ile tam dobrego renesansowego malarstwa.

Wystawa została zorganizowana z okazji podwójnej rocznicy. Otóż tak się złożyło, że tkaniny te dwukrotnie wracały do Polski i dwukrotnie w roku z jedynką: w 1921 r. (przyjazd z ZSRR na mocy traktatu ryskiego – negocjacje były długie i trudne, ale po ponad stu latach radzenia sobie z rosyjskim zaborcą negocjatorzy znali dobrze metodologię) oraz w 1961 r., kiedy wróciły z tułaczki po II wojnie światowej.

W klimat wystawy wprowadza przyjemna muzyczka i ćwierćkula, na której wyświetlane są animowane detale z arrasów (miodzio) oraz szlaki podróżnicze tych obieżyświatów. A trochę sobie pojeździły…

Przyznam, że zaskoczyło mnie to, że wystawa zaczyna się właśnie od opisu ich powrotów do kraju. Teraz jednak myślę, że to jest fajne rozwiązanie. Z kilku powodów, ale przede wszystkim na starcie podane jest uzasadnienie, czemu w tym roku i czemu wszystkie arrasy (a takie wystawy są rzadkością, bo niektóre są np. w Zamku Królewskim w Warszawie a część jest w bardzo złym stanie i trwa ich konserwacja a tak naprawdę częściowa rekonstrukcja.

Drugi powód, jaki widzę, jest taki, że po obejrzeniu ich wszystkich, w tym tych eksponowanych w ich środowisku naturalnym, czyli salach reprezentacyjnych, pada się na nos. To oznacza, że gdyby te treści podano na końcu, większość zwiedzających pewnie by je zignorowała.

Po opowieści o powrotach są sale opowiadające o konserwacji, w tym zaglądamy nieco do warsztatu pań konserwatorek. Fajnie było się dowiedzieć, że współcześnie opracowano technikę, która pozwala naprawić arras tak, że wygląda rewelacyjnie, ale wstawioną „plombę” da się usunąć łatwo i bez niszczenia zabytku.

Fragmenty z twardą wiedzą są przeplatane momentami na podziwianie. Także lewej strony, zresztą dzięki temu widać oryginalną kolorystykę tkanin. Z tego, co wyczytałam w części opowiadającej o powstawaniu arrasów, ich obecna kolorystyka wynika z reagowania naturalnych barwników na światło. A że lewa strona wisiała twarzą do ściany…

Po konserwacji czas na opowieść o powstawaniu tych tkanin. Lektura skutecznie wyjaśnia, czemu były tak drogie (utkanie jednego dużego arrasu zabierało kilkuosobowej grupie mężczyzn kilkanaście miesięcy, nie mówiąc o procesach przygotowawczych jak tworzenie wzorca, jego powiększanie, tkanie nici, farbowanie etc.) Jest nawet kącik alchemika z barwnikami i opisem ich pochodzenia.

Zaintrygował mnie opis tworzenia metalicznych nici (a jest ich sporo w królewskich tapiceriach). Jedwabną wiązkę włókien oplatano cieniutką blaszką ze złota lub srebra. Niesamowita robota!

A teraz kilka soczystych detali – niestety zdjęcie arrasu na Święto Dziękczynienia (z wielkim indykiem i indyczką) wyszło nieostre, ale kilka innych nadaje się do pokazania. Świetne jest to, że można robić fotki na legalu, tylko oczywiście bez flesza.

Cerera
Kiedyś wierzono, że jelenie zjadają węże. Tu pełzacz wydaje się pytać: „Ale nie zeżresz mnie, prawda?”
scenka rodzajowa udana, szczególnie mina małpiszonka
Zagadka z cyklu Znajdź na arrasie dinozaury. Podpowiem, że dla niepoznaki udają jednorożce

I bonus w postaci obrazów, które mnie zachwyciły,

Wystawa wymagająca poznawczo i kondycyjnie, ale zdecydowanie warta obejrzenia. Czynna do kolejnego sezonu grypowego, czyli do października, więc można sobie zaplanować przyjazd. Arrasy zapierają dech w piersi i cieszę się wielce, że Zygmunt August tak je cenił, a pozaborowe pokolenia potrafiły o nie zawalczyć. Dzięki temu jest teraz na co popatrzeć i nacieszyć się pięknem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s