Haki i nieogary

Konfesjonał co prawda z Małego Cichego, ale też przez OP wysiedziany

Inaczej mówiąc, życie w anegdocie, czy tam dwóch.

Konfesjonał pojawił się nie bez powodu, bo najpierw będzie o krakowskiej spowiednicy. Epidemia sprawiła, że uporządkowano pomieszczenie obok ołtarza w kaplicy Matki Bożej Różańcowej. Było takim tam sobie składzikiem rzeczy różnych, a po opróżnieniu stała się miejscem spowiedzi, zgodnym z normami higienicznymi czasów zarazy. Zaraz na wejściu w oko rzuca się okno oraz stojący na parapecie krucyfiks po przejściach, bo krzyż na swej podstawie jest wyraźnie skrzywiony na prawo.

Pewnego dnia w stresie przedspowiedziowym rzuciłam jakiś komentarz a propos tego krzyża. Na co usłyszałam, jak ojciec, człek łagodny i cierpliwy, stwierdza: „Bo dla nawracających się jest krzyż, a dla reszty haki”. Na takie dictum rzuciłam okiem na ściany i faktycznie, wystawało z nich wiele żelastwa i to w skomplikowanym układzie, a na tle tej instalacji stał spowiednik, jako napisałam – człek łagodny i cierpliwy, delikatnie uśmiechnięty. Tyle że tym razem dostrzegłam w jego oku specyficzny błysk, rzekłabym – inkwizytorski… Jakby odblask płonącej pochodni, tudzież czego innego płonącego, choć większego rozmiaru. I weź się tu, człowieku, potem spowiadaj…

Kiedy podobnie zagadnęłam innego ojca, już po remoncie spowiednicy, ten rozejrzał się i stwierdził: „Może szkoda, że te haki wyjęli…”. Błysk w oku wyżej opisany także stwierdzono, rzecz tym bardziej niepokojąca, że tym razem w źrenicy dogmatyka. Wniosek mam taki, że jednak pewne rzeczy pozostają w charyzmacie niezmienne. Uśpione, ale niezmienne.

A skoro przy temacie charyzmatu jesteśmy a dziś dzień życia konsekrowanego, to jeszcze o sytuacji, która mi uświadomiła, po co u OP są bracia kooperatorzy. Otóż siedzę sobie pewnego dnia w loży szyderców pod Jackiem i przyglądam się przygotowaniom do celebracji. Jednej z tych bardziej uroczystych, więc ministranci odbywali niekończące się podróże w tę i z powrotem po prezbiterium. Co istotne, na trasie tych wędrówek stało krzesło. Brązowe, składane, kto bywa u krakowskich OP, to kojarzy.

Stoi i ewidentnie wadzi.

Bracia je omijają, omiatają (habitami), potykają się o nie. A stoi kompletnie od czapy i w miejscu bez sensu. Mimo to stoi, jak wrośnięte.

I wtedy w pobliże ołtarza przyszedł brat kooperator. Rzucił okiem na sytuację, podszedł do krzesła, złożył je i odstawił na bok. Po czym poszedł robić, co tam miał do roboty. Kilkadziesiąt sekund działania i po problemie.

Wniosek? Bez braci kooperatorów życie zakonu Bożych nieogarów utonęłoby w chaosie organizacyjnym. Chwała więc, że są, i oby nigdy ich nie zabrakło! Amen.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s