Polityka i sakramenty

Podczas jednej ze świątecznych rozmów usłyszałam pytanie: „Czy chodzenie do kościoła nie jest wspieraniem hierarchii; pokazywaniem, że jesteśmy po ich stronie, podczas gdy oni są [tu lista klasycznych oskarżeń z odbieraniem kobietom wolności wyboru włącznie*]?”. Pytanie postawione szczerze, w poszukiwaniu odpowiedzi, więc cenne.

A potem przyszło kilka doświadczeń dotyczących braku zrozumienia dla wartości sakramentów, co przypomniało mi wypowiedzi ks. Krzysztofa Porosło w książce Ogień i woda, na temat potrzeby duszpasterstwa dotyczącego mistagogii i ogólnie liturgii. Oraz to, co wyczytałam w ostatnio redagowanym dla Tyńca zbiorze artykułów o. Franciszka Małaczyńskiego OSB, liturgisty biorącego udział w przygotowaniu i tłumaczeniu na język polski ksiąg liturgicznych po II soborze watykańskim. Pisał tam o roli kaplicy i ogólnie liturgii w formacji, o tym, jak to jest potężne narzędzie kształtowania. To znaczy może być potężne – w mądrych rękach, które potrafią je docenić i wykorzystać.

Wbrew pozorom te dwie kwestie mają dużo wspólnego. Dotarło to do mnie po chwili, ale sedno obecnego problemu i jednocześnie klucz do jego rozwiązania jest właśnie w przestrzeni wyznaczonej tymi granicami: polityką z jednej i liturgią, czy raczej świadomością wartości sakramentów, z drugiej strony.

Bardzo długo, od wieków tak naprawdę, Kościół w Polsce był bytem w dużej mierze politycznym, dającym przestrzeń jako takiej wolności, co swoje apogeum osiągnęło pod koniec okresu komunistycznego. Jednocześnie bazował na pobożności ludowej, opartej na nawykach, nieco magicznym postrzeganiu praktyk i presji społecznej. W czasach, kiedy musiał walczyć z ustrojem o przetrwanie, to była dobra taktyka, ale jednocześnie zostawiła ona w jego strukturach ludzi, którzy nie powinni się w nich znaleźć (vide kard. Gulbinowicz czy ks. Jankowski), a obecnie właśnie odbija się czkawką. Pójście lub nie na mszę jest kwestią polityczną, nie religijną. Moim zdaniem także z tego powodu, że nie widzi się żadnej innej motywacji do uczestnictwa niż presja społeczna lub zwyczaj.

Możliwość przyjęcia Komunii św., uzyskania odpuszczenia grzechów, wprowadzenia swoich dzieci w jedność z Chrystusem przez chrzest i bierzmowanie, zyskania wsparcia Bożej łaski w przeżywaniu małżeństwa, sił dzięki sakramentowi chorych w chwili choroby – to wszystko jest bez znaczenia albo ma znaczenie drugorzędne. Sakramenty pozostają rytuałami, najczęściej pustymi.

Jednym z powodów takiego podejścia jest niechlujny sposób celebracji sakramentów przez kapłanów, ale to nie jedyny problem, choć podstawowy. Bywa, że oni sami nie mają wiedzy na temat tego, co jest de facto wykonywanym przez nich rzemiosłem (że do takiego poziomu to sprowadzę), albo najzwyczajniej brak im wiary w realną Obecność. Tak, drodzy księża, to widać. Przy rycie posoborowym jeszcze wyraźniej, bo jesteście zwróceni twarzą do wiernych. Kiedyś ze znajomymi obstawiałyśmy (wiem, okrutna gra), który ze znanych nam celebransów jest na wylocie z kapłaństwa, właśnie na podstawie tego, jak celebruje.

Przypadki, kiedy nie trafiłyśmy, można policzyć na palcach. Jednej ręki.

A jeśli celebrans sam nie wierzy w to, co celebruje, to jak mają wierzyć wierni? Przede wszystkim – dlaczego mają wierzyć? Oni potrzebują świadectwa albo przynajmniej mszy odprawionej zgodnie z tym, co napisano w Mszale. Czasem nie dostają nawet tego.

A tak naprawdę potrzebna jest mistagogia. Kazania o tym, co oznaczają konkretne gesty i formuły, jak przeżywać mszę, czasem nawet – jak się zachowywać w kościele i dlaczego tak. Czym są poszczególne sakramenty, co wnoszą, dokąd prowadzą, jak z nich czerpać. A argument, że wierni powinni wiedzieć to z katechezy, proszę sobie darować. Jego fałszywość było widać po tłumach na ulicach i fali apostazji po protestach oraz pustych kościołach i pustych tacach, które się nie zapełnią nawet po epidemii.

Zaniedbanie mistagogii doprowadziło do sytuacji, kiedy pójście na mszę jest kwestią polityki i okazywania wsparcia, a nie kwestią tego, czy chcę zjednoczyć się z Chrystusem i moją wspólnotą wiary. Synonimem Kościoła stała się hierarchia, nie wspólnota wierzących. Tląca się w dużej części wiernych podskórna niechęć do narzuconych wychowaniem praktyk teraz znalazła ujście – wreszcie można odetchnąć, olać „kościółek” i zająć się tym, co w życiu ważne.

Tracąc to, co najważniejsze.

*Fascynuje mnie to, tak na marginesie, że o dawanie wsparcia jakoś nikt, z tak żarliwie z krytykujących Kościół o odbieranie wyboru, nie walczy. Czyżby obawiano się, że trzeba będzie samemu się wziąć o roboty?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s