[Gwala] Aper de Silva

20200819_100215

rys. J. Malga, Archiwum Polskiej Prowincji Dominikanów

Kiedy patrzę na zdjęcia o. Sylwestra Palucha z czasów lwowskich, mam wrażenie, że wystarczyłoby go przebrać w kaszkiet oraz kraciastą marynarkę, a uzyskalibyśmy dominikańską wersję Szczepka lub Tońka – dowcipnego i inteligentnego spryciarza o złotym sercu. Batiarzy kochali całymi sobą Lwów, a on taki sam stosunek miał do swojego zakonu. I powiem wam, że mnie to zachwyca.

Ojciec Sylwester podpisywał się pod listami określeniem Aper de Silva (Dzik z Lasu), co, z jednej strony, nawiązywało do jego rosnącej z wiekiem tuszy, a z drugiej – do zakonnego imienia Sylwester, czyli z łaciny „Leśny”. Nawet stworzył sobie adekwatny herb, korzystając ze swojego nieprzeciętnego talentu rysowniczego oraz poczucia humoru.

Zresztą w swoim krótkim a bardzo treściwym wspomnieniu o sobie i swoich czasach wspomina, że zdolności te mało go nie wykluczyły z zakonu, bo tuż przed święceniami prezbiteratu zabawił się w rysowanie karykatur kandydatów na prowincjała. Jakoś nie znalazło to uznania w oczach przełożonych, na szczęście o. Woroniecki się wstawił za rysownikiem i święcenia się odbyły i to u dominikanów. Całość tekstu jest pisana żartobliwie, więc i w tym przypadku nie wiadomo, czy o. Sylwester tak serio, czy lekko konfabuluje.

Bo jak śmiertelnie poważnie traktować biogram zaczynający się: „Urodziłem się 15 X 1908 r. […] W roku 1909 miałem szczęście umrzeć”? To znaczy tematy ukrywające się za tym stwierdzeniem są bardzo poważne: roczne dziecko konające na cholerę, jego matka błagająca o życie potomka na różańcu, wreszcie wyciągnięta z tego filozoficzno-teologiczna konstatacja piszącego, że był ochrzczony, więc poszedłby od razu do raju, a tak – walka. Jednak sama forma zdecydowanie nie poważna. W zasadzie taki właśnie był o. Paluch – wesolutka powierzchnia zakonnego pyknika (spokojnie mógłby pozować do słynnych przedstawień mnichów z kufelkiem piwa czy wielką chochlą potrawki), a wewnątrz działo się wiele i to dobrego.

Różaniec ocalił mu życie, więc postanowił je oddać różańcowej Pani. Historia powołania o tyle ciekawa, że prawdopodobnie aż do wstąpienia do zakonu nie miał do czynienia z dominikanami. Jego matka chodziła na odpusty na Stolarską (mieszkali w Sieprawiu pod Krakowem), więc wiedział, że to zakon różańcowy, i to wystarczyło.

Wstąpił i, poza drobnym incydentem z karykaturami (załóżmy, że miał on miejsce…), dobrze się „przyjął”. Już rok po święceniach powierzono mu reanimację (bo trudno to określić inaczej) dominikańskiego wydawnictwa. Opracował plan, bardzo ambitny i bardzo adekwatny, wystarał się o zakup sprzętu, ogarnął pracowników, czyli braci konwersów. Z tego, co pozostało w jego spuściźnie, wynika, że cenił ich pracę, a ich samych traktował z szacunkiem. I wtedy przyszła wojna…

Jednak okupacja okupacją, a wewnętrzne wojenki zakonne toczyć trzeba. Ojca Palucha w 1942 r. przeniesiono do Żółkwi, bo we Lwowie łamał przepisy zakonne. Z tejże Żółkwi przeniesiony pisze do prowincjała jedenastostronicowy (!) list, który jest w dużej mierze apologia pro vita sua. Przedstawia swój punkt widzenia, z dużą dbałością o to, by nie napisać za wiele i by ten list nie stał się przyczyną oskarżenia kogokolwiek, gdyby wpadł w ręce okupantów. Tym samym pisze mało i ogólnikowo, można powiedzieć – ma zbyt słabe argumenty.

Teraz, mając pełniejszy obraz, bo z dystansu, wiemy, że łamał je, bo m.in. wypełniał polecenia arcybiskupa, który mianował go swoim tajnym jałmużnikiem. Zresztą zachowała się pamięć o o. Sylwestrze jako tym, za którym ciągle snuła się chmara głodnych dzieci, które karmił wyciąganym spod szkaplerza chlebem. Pomagał też materialnie cały rodzinom, więźniom, już za Niemców razem z osobami z podziemia i dzięki pomocy abp. Baziaka uratował od zagłady około 300 Żydów.

Nota bene wypisywał dla nich fałszywe metryki, ale z właściwą sobie dezynwolturą podpisywał je własnym imieniem i nazwiskiem. Kiedy jeden z Żydów zdradził, o. Palucha uratowała jedynie przytomność umysłu i zdolności negocjacyjne przełożonego, o. Junika. Przekonał on gestapo, że nikt, a na pewno o. Sylwester, nie jest na tyle mało bystry (powiedzmy delikatnie), żeby podpisywać fałszywki własnym podpisem. Ergo – na pewno podpis sfałszowany. Interesująca musiała być późniejsza rozmowa o. Gundysława z o. Sylwestrem, ale relacja jakoś się nie zachowała…

Tu też pojawia się po raz drugi br. Gwala (wcześniej był w domyśle, jako pracujący w wydawnictwie). Otóż w tamtym czasie był pomocnikiem zakrystiana, więc możliwe, że on także wiedział o tym procederze i miał styczność z odbiorcami wspomnianych metryk. Źródła na ten temat milczą. Mówią za to, że losy o. Palucha i br. Torbińskiego często się krzyżowały, i wygląda na to, że dobrze im się współpracowało.

Wróćmy do listu. Jest pisany serio. Zaczyna się szczerym podziękowaniem za upomnienia i przyznaniem, że ze względu na swój energiczny i nieco „za bardzo do przodu” charakter wiele w życiu oberwał (w domyśle: słusznie), ale że dopiero teraz cierpi naprawdę. Głównie dlatego, że czuje się niesprawiedliwie potraktowany:

Proszę mi wierzyć, świadczę się Bogiem, którego pragnę kochać całym sercem i dla którego pragnę pracować całym życiem bez oglądania się na pochwały i względy ludzkie, [choć] ktoś tam powie o mnie, żem demagog. Takim nigdy nie byłem i nie będę. Wybrałem pracę, która najmniej daje rozgłosu i najwięcej daje pożytku. […]

Słowa te pisze człowiek, który z całą gorliwością swojego dynamicznego i energicznego ducha oddał się służbie i… został za to ukarany. Jak łatwo wtedy o rozżalenie, obrazę i strzelenie drzwiami od celu po uprzednim powieszeniu habitu na kołku. Tymczasem o. Sylwester dalej pisze:

Kochałem i kocham Zakon całym sercem, i ufam Jezusowi, że będę go kochał do końca życia.

To nie były puste słowa. Całe zakonne życie ich autora było ich świadectwem. Wrócił do Lwowa już w następnym roku, zdołał tak wpłynąć na ojca, który wcześniej go krytykował i negatywnie postrzegał, że ten pod koniec pobytu dominikanów we Lwowie wyraża się o nim z podziwem i sympatią. Próbował, mimo wojny i braku sprzętu, przywrócić wydawnictwo, potem ogarnął klasztor pozbawiony w wyniku aresztowań władz, wreszcie został ostatnim przeorem lwowskim przed kasatą w 1946 r. i zdołał wywieźć stamtąd wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, dniami spowiadając (końcowa część wyjazdu wypadła na Wielki Post i Wielkanoc) a nocami pakując pudła (tu w jego wspomnieniach pojawia się jako pomocnik br. Gwala). Tak naprawdę zostawił sowietom gołe ściany, o czym pisze z niejaką dumą.

Dzięki jego optymizmowi i umiejętności pozytywnego motywowania ludzi, nie mówiąc o hojności i otwartości, ostatnie miesiące we Lwowie nie były żałobą, ale pełnym energii działaniem. Ojcowie zostawili po sobie zaproszenie do nadziei i olbrzymi wpływ na taki właśnie klimat tamtego, w końcu jednak ciemnego, czasu miał właśnie o. Sylwester.

Po przyjeździe do Krakowa posłusznie udawał się tam, gdzie wysyłały go władze. Przy próbie reaktywacji „Róży Duchownej” chyba nieco się spiął z ojcem mianowanym na jej redaktora naczelnego, ale może to tylko moje domysły – w każdym razie został dyrektorem wydawnictwa in spe, niestety, ta spes się nie spełniła

Otrzymał za to tytuł kaznodziei generalnego i jeździł po całej Polsce z misjami, rekolekcjami i kazaniami. Bardzo żałuję, że nie miałam okazji usłyszeć go na własne uszy – to musiały być genialne wystąpienia. Zachowała się tylko anegdota, jak mówiąc o rozmnożeniu chleba z kamiennym wyrazem twarzy stwierdził, że uczniowie odbierali od Pana Jezusa ryby i zawijali je w „Trybunę Ludu”, zanim przekazali tłumom.

Wygłosił około 600 misji, setki rekolekcji, dziesiątki tysięcy kazań, spowiedzi nie da się zliczyć. Hojnie karmiony na wiejskich parafiach (a zapewne organizm też pamiętał okres wojennego głodu i chomikował zapobiegawczo kalorie) przytył i zaczęła mu towarzyszyć pani cukrzyca. Ją także wziął na wesoło i tak widział siebie w zażywnej postaci:

20200819_103041

Bardzo bał się umierać w samotności. Kiedy znalazł się w szpitalu, towarzyszyła mu jedna ze znajomych i dzięki temu nie konał sam. Opisała jego odejście w swoim liście, łącznie z tym, że chociaż zawsze bała się zmarłych, tym razem lęk ją opuścił. Widocznie ojciec potrafił siać optymizmem także zza grobu.

Zmarł w 1983 r. w Warszawie i tam został pochowany. Nie widziałam człowieka na oczy, a już go lubię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s