Linneusz i Bućan

Gdzie można lepiej spędzić czas w upalny dzień, jeśli nie w klimatyzowanej galerii? I bynajmniej nie handlową mam na myśli, a Międzynarodowe Centrum Kultury na krakowskim rynku. Tam oprócz niskiej temperatury i odpowiednio nawilżonego powietrza (papier ma swoje wymagania) zostałam dużo ciekawego i pięknego do oglądania, a także dość odprężające dźwięki. Jednak po kolei.

Na tę wystawę miałam ochotę pójść, odkąd na mieście zobaczyłam jej plakaty. Na szczęście izolacja nie odebrała mi tej możliwości. Już w budynku okazało się, że jest oprócz niej pewien bonus, ale o tym pod koniec.

20200809_115757

Na początek przemiłe panie w obsłudze i totalny brak tłumów – średnio jedna osoba na pomieszczenie, czyli bardzo dobry klimat do spokojnego podziwiania. Umieszczone na wystawie ryciny są skutkiem ubocznym prac nad systematyką roślin i zwierząt. Nazwiskiem flagowym jest Karol Linneusz, twórca klasycznej systematyki organizmów, żyjący w XVIII w. Fotografii wtedy nie było, na martwe natury malowane olejami mało kto mógł sobie pozwolić, poza tym ciężko byłoby je zszyć w tom, nawet w największym formacie.

Tymczasem chodziło też o upowszechnienie wiedzy a kiedy rynek entuzjastycznie zareagował na książki z takimi obrazkami, zwłaszcza jeśli były egzotyczne, prace ruszyły pełną parą. Z pewnością świetnym przygotowaniem dla tych dzieł była wcześniejsza popularność martwych natur, których mistrzami byli malarze holenderscy. Dostrzeżenie i oddanie detalu jest podobne, choć na rycinach poraża precyzją, nawet pióra ptaków mienią się srebrem i innym metalicznymi odcieniami.

Na wystawie możemy podziwiać ryciny z 45 książek i kolekcji, obejmujących okres od początku XVII w. do połowy wieku XIX. Ekspozycja jest podzielona na pięć przestrzeni, ale zanim wejdziemy do pierwszej z nich natykamy się na ścianę z wprowadzeniem, na dole której umieszczona jest piękna kompozycja z suszonych traw. Kiedy skręcimy w lewo, wchodzimy do ostępu – salki rzeczywiście osobno wydzielonej. Tam znajdziemy botaniczną drobnicę spotykaną na łąkach i w lasach, zarówno rośliny, jak ptaki i owady. Był tam też mój ukochany gil i gilowa, więc sfotografowałam dla pamięci.

20200809_120852

Z ostępu wraca się do wejścia, by przejść do ciemno szmaragdowego pokoju – zamorza. W centrum stoi gablota a nad nią wisi kompozycja z egzotycznych liści i roślin, dookoła zaś całe mnóstwo papug, tukanów i małp. Ich podziwianiu towarzyszą dźwięki symulujące przebywanie w tropikalnej dżungli, duszny i nasycony wilgocią klimat na szczęście został widzom darowany. To efekty zachwytu Europejczyków florą i fauną, z jaką zetknęli się w nowym świecie lub całkiem starej, ale nie do końca poznanej Afryce.

Po szmaragdzie znów biel korytarza, tylko na jednej ścianie piękna kompozycja roślinno- owocowa – rycinę oczywiście mam na myśli. Stojąc przed nią po raz kolejny sobie pomyślałam, że świetnie na tej ekspozycji bawiłyby się kilkuletnie dzieci, wyszukując kolejne detale. A już szczyt szczęścia mogłyby osiągnąć w następnej sali, ale o niej za chwilę. Teraz jeszcze o korytarzyku, na którym w gablotach można popodziwiać robalki różnej maści i kształtu, a w oculusach w ścianie, w które wmontowane są szkła powiększające, zachwycić się też precyzją autorów.

20200809_121720

Tu dojrzały owoc granatu z ryciny na ścianie, o której wspomniałam, oraz inne gałązki i kwiaty tej rośliny ozdobione owadami. Zdjęcie oczywiście nie oddaje efektu, w każdym razie piękność.

Z korytarzyka można było odbić nad morze. Ciemnawy błękit ścian, w centrum okrągła gablota przypominająca trochę kształtem wizjer w dnie podwodnego statku kapitana Coussteau a dokoła na ścianach morze ryb. Nie przesadzam. Genialne miejsce do znalezienia odpowiedzi na pytania: „Gdzie jest Nemo?” oraz: „Gdzie jest Dori?”. Oba gatunki są, ale poszukać trzeba. Zabawie towarzyszy szum morza, obstawiam Bałtyk, bo powiew z klimy był na tyle chłodny, że sugerował jakiś północny akwen. Rybki jednak z mórz wszelakich, bardzo spodobały mi się ta udająca jaskółkę oraz ta w typie chińskiego smoka.

Po wizycie nad morze krótki spacer korytarzykiem, na którym są informacje o technikach powstawania rycin, po czym wchodzimy do kuchni. Tu rybki i dobroci roślinne wszelkie a spożywcze. Ryciny czarnobiałe, bo jest to chyba część z najstarszymi rycinami. Zachwyciły mnie te holenderskie z XVII w. przedstawiające różne rodzaje targów: rybny, warzywniak (koń kradnący sałatę tak bardzo!) oraz owocowy. W gablocie w centralnej części sali trzy wspaniałe przykłady porcelany zdobionej motywem robaczkowo-kwiatowym. W tle słychać już brzęczenie owadów, bo salę dalej jest ogród.

20200809_123338

Lipy brak, ale za nią kanapa mówi, żeby gość sobie przyszedł i przysiadł w chłodzie klimatyzacji. I podziwiał. Tu ilustracje z roślinami ogrodowymi, wspaniale rozrysowane kwiaty a kanapa na oko wygodna. Nie siadałam, ale kusiło, bo jest co podziwiać.

Przy okazji przekonałam się, jak sugestywna była poprzednia sala. Za mną do ogrodu weszła pani, do której wkrótce dołączył pan w wieku lat około dwudziestu paru sugerujący, że może by tak gdzieś na obiad? Pani się zdziwiła, że pan już zgłodniał. Cóż. Naogląda się człowiek produktów spożywczych, to i zgłodnieje…

Wychodząc z wystawy usłyszałam zachętę, żeby się przejść jeszcze na drugą, w piwnicach. Miało być warto, bo nie dość, że za darmo, to jeszcze tylko do 16 sierpnia.

Czemu nie. Podreptałam do piwnic. Tu na tle pięknie odrestaurowanych ścian powieszono plakaty chorwackiego twórcy z okresu szczęśliwie nam zeszłej komuny, Borisa Bućana (ur. 1947). Łączył op-art (wizualizm operujący złudzeniem optycznym i elementami geometrycznymi) ze pop-artem. W imię tego drugiego nurtu i protestu przeciwko robieniu ze dzieł sztuki przedmiotów handlu i lokaty kapitału malował też na ulicach i wychodził ze sztuką w lud, a przynajmniej tłum.

Pomysł zestawienia średniowiecznych ścian z nowoczesną sztuką, prowokującą, ale w inteligentny, wymagający wyczucia sposób, dał świetny efekt.

20200809_124920

Bućan uważał, że element graficzny ma dominować w plakatach, do tego ma świetne poczucie humoru (Szekspir ze smoczkiem jako ilustracja spotkań młodego teatru) i niesamowitą zdolność uchwycenia w jednym obrazie treści całej sztuki (genialny plakat do sztuki „Ojciec”! „Żarptica” ze zdjęcia też ekstra – ten plakat przyniósł mu międzynarodową sławę). Rzeczywiście treści trzeba się doczytywać, ale w tym całe mistrzostwo, że grafika przyciąga, a reszta jakoś wychodzi sama. Sporo inspiracji sztuką ludową, także afrykańską. A to, co zrobił z przestrzenią w plakacie „Traviaty”, to już jest zupełny kosmos, oczywiście jak dla mnie.

Wystawiany jest w wielu zachodnich galeriach, jego prace ma także nowojorska MoMA. Tutaj możemy obejrzeć szesnaście najbardziej cenionych prac z siódmej i ósmej dekady XX w. Są w dużym formacie, raczej banera do powieszenia na fasadzie budynku, a nie plakatu do umieszczenia na mieście. Wystawa powstała we współpracy z Ministerstwem Kultury Republiki Chorwacji i taką współpracę to ja doceniam. W dodatku obejrzeć można za darmo, a krakusa, nawet przesiedlonego, taka opcja zawsze cieszy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s