[Gwala] Nieco [nostalgicznie] o rycie

ryt dominikański

zdj. za https://www.facebook.com/rytdominikanski/

Kiedy br. Gwala był jeszcze Walentym i przyszedł do klasztoru dominikańskiego w Tarnopolu na kościelnego, odprawiano tam msze w dwóch rytach: świeckim (czyt. rzymskim, a więc diecezjalnym) i dominikańskim. Dowodem na to są inwentarze klasztorne, w których znajduję zarówno Mszały OP, jak i Mszały Rzymskie – te ostatnie najczęściej w pojedynczych egzemplarzach. Rzecz o tyle ważna, że powinny być inne ornaty do każdego rytu (choć tego tak bardzo nie przestrzegano, sądząc po zawartości szaf) i na pewno była inna ministrantura.

Jest to o tyle istotne dla biografii brata, że już jako konwers był zobowiązany do codziennego udziału w mszy, a nawet zalecano, by do niej służył. Zaczęłam więc szukać informacji na ten temat wśród znajomych i o. Wojtek Sznyk skierował mnie do Szymona Orkisza. On z kolei obdarował mnie kilkoma cennymi PDF-ami, których lektura podziałała mi bardzo na wyobraźnię. Co więcej, od niego samego dowiedziałam się, że księgi liturgiczne księgami, ale większość praktycznych wskazówek była traktowana z dominikańską dezynwolturą, czyli pozostawiona jedynie ustnemu przekazowi.

[Tu powinien pojawić się czarny ekran a niski, szemrzący i lekko chrapliwy głos Cate Blanchett – oznajmiać, że świat się zmienił i większość tego, co kiedyś było, zostało utracone, gdyż nie żyje już nikt, kto mógłby to pamiętać…].

Z niektórymi opisami gestów liturgicznych jest ten sam problem, który miałam z wyglądem tonsury braci konwersów – nijak nie da się bez zdjęcia dojść, co opisujący miał na myśli. Do tego, jeśli chodzi o liturgię, dochodzą niewielkie różnice wynikające ze specyfiki prowincji.

Trudno, czasu się nie cofnie. Do tego jednak, by zachwycić się tym rytem, wystarczą nawet tylko zachowane w ceremoniałach opisy i czerwono-czarne zapisy w mszałach. Nie bez znaczenia są też zawartości inwentarzy pokazujące, że nawet w małych domach dbano o paramenty liturgiczne, odpowiednią ich liczbę i rodzaj (swoją drogą odkryłam, że w Jezupolu były nawet NIEBIESKIE sutanny dla ministrantów! Nabyto je w latach dwudziestych XX w.).

Codziennie rano po jutrzni odprawiano w dużych klasztorach Mszę św. konwentualną, która była Mszą uroczystą, czyli z asystą diakona i subdiakona oraz, oczywiście, ministrantów. Sprawowana była w chórze, przy tzw. wielkim ołtarzu, a więc de facto tylko dla zakonników (chór wtedy był oddzielony od reszty kościoła kratą). Kiedy wyobraziłam sobie, jak to wyglądało we Lwowie lub Krakowie, westchnęło mi się z zachwytu.

Może skupię się na krakowskiej bazylice. Jest orientowana, a więc w godzinach porannych światło pada z okien ponad ołtarzem. Zapalano wysokie świece w liczbie sześciu, po trzy z każdej strony tabernakulum. Schola braci kleryków, najczęściej z towarzyszeniem fisharmonii, zaczynała introit. Z lewej strony do prezbiterium wchodziła procesja wejścia z krzyżem na czele, kadzidłem i akolitkami. Celebrans wraz z asystą podchodził do ołtarza a ponieważ jest on dość wysoko, cała akcja liturgiczna była świetnie widoczna dla braci stojących w chórze. Do tego doliczmy hojnie zdobione szaty liturgiczne połyskujące w półmroku i na tyle dobry śpiew, że polskie radio prosiło klasztor, co prawda lwowski, o zgodę na transmitowanie mszy. I kadzidło, nie zapominajmy o kadzidle.

Zafascynował mnie ruch przy ołtarzu. Otóż w rycie dominikańskim celebrans jest jak punkt, z którego wychodzi promień światła, który stanowią diakon, subdiakon i reszta asysty. Kiedy on zmienia miejsce, reszta idzie za nim jakby poruszała się po rozłożonym wachlarzu.

Ponadto uczestniczący w mszy zakonnicy nie klękali przy balaskach, tylko podchodzili do komunii procesyjnie, przed jej przyjęciem wykonując pokłon. W czasach Gwali wszyscy bracia komunikowali codziennie, co z wielkim zadowoleniem odnotowuje w swoich wspomnieniach br. Wilhelm Paściak. Jak widać, ojcowie całkowicie zaakceptowali reformę Piusa X w tym zakresie.

Liturgia OP, zakorzeniona w tradycji cysterskiej, jest prosta. A jednocześnie jest w niej pierwiastek ekspresyjności, gestów z mocą, jeśli tak mogę to ująć. Uwielbiam, na przykład, ten moment, kiedy po konsekracji kapłan rozkłada ręce, jakby zawisał na krzyżu, prosząc o przyjęcie złożonej ofiary.  Te różnice w celebracji były na tyle duże, że kiedy o. Michał Czartoryski odprawiał mszę w zaprzyjaźnionej parafii, kościelny przybiegł do proboszcza zaniepokojony i pytał, czy ojciec to na pewno ksiądz, „bo on mszy nawet dobrze odprawić nie potrafi”.

To samo dotyczy ministrantury – Gwala zapewne znał tą rzymską. Po przyjęciu habitu musiał nauczyć się dominikańskiej, która jest (jak twierdzą moi znajomi tradiministranci) zdecydowanie trudniejsza.

Musiał też nauczyć się odpowiedzi po łacinie i może to wtedy zaczęła się jego przygoda z tym językiem, która ostatecznie doprowadziła go do czynnej, w pewnym zakresie, znajomości łaciny. Podobno do końca życia zdarzało mu się odmawiać różaniec po łacinie, korzystał też (to wiem z pewnością) z łacińskiego modlitewnika.

Piękno tej porannej, wspólnej dla całego konwentu liturgii, musiało zapadać głęboko w serce. Ono też pewnie jednoczyło wspólnotę, i duchowo, i na czysto ludzkim poziomie. Było doświadczeniem, nawet jeśli nie do końca uświadomionym (w końcu czasem burczenie żołądka dopominającego się o śniadanie jest w stanie zagłuszyć wszystkie bodźce), to jednak mówiącym o pierwszeństwie Boga, Jego bliskości a jednocześnie majestacie. Zamarzyło mi się uczestniczenie w takiej liturgii kiedyś w krakowskiej bazylice. Ciekawa jestem, czy moje przeczucia co do jej obrazu i działania by się potwierdziły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s