[MC jesiennie] Październikowy klasyk

Sprytna ta prognoza TPN, nic a nic się nie pomyliła. Było, jak napisali: słońce, bezchmurne niebo a w wyższych partiach konkretnie wiało. Zamarzyła mi się Zielona Dolina Gąsienicowa, ale zwlekłam się na tyle późno z łóżka, że trzeba było odpuścić pomysł pójścia przez Rusinkę, Gęsią Szyję a potem Waksmund. Zostało mi tylko długie wędrowanie Doliną Suchej Wody (dwie godziny drogą wyglądającą jak dojazd na Kalatówki), jednak było warto, zdecydowanie.

Pierwszy dłuższy popas zrobiłam przy Murowańcu. Piękne schronisko a o tej porze roku także dość puste. Jest możliwość nabrania wody (kranik) i oczywiście wzięcia wrzątku, i to nie wczorajszego!* Wspominam o tym, bo zauważyłam, że coraz więcej ludzi na szlaku chodzi z wielorazowymi butelkami. Bardzo dobry kierunek zmian, moim nieskromnym.

Dotarłam więc pod schronisko, siadłam na słoneczku i oddałam się konsumpcji oscypka z żurawiną. Widoczki miałam jak poniżej.

W głowie mi siedziała krótka rozmowa z państwem w średnim wieku, którzy wyliczyli, że byli ostatnio w dolinie, którą właśnie przeszłam, dziesięć lat temu. „Wtedy wydawała mi się bardziej płaska”, rzuciła pani z uśmiechem. Tak, znam to uczucie, po Szczekocinach też wiele rzeczy zmieniło rozmiary i wzrosły niektóre odległości. Na szczęście było to w dużym stopniu odwracalne.

Podniósłszy poziom cukru i popiwszy wody z kranika, ruszyłam na poszukiwanie kibelka oraz pieczątki. Czemu pierwszego, to oczywiste, a drugiej potrzebowałam do kolekcji. Nie dostrzegłam jej za pierwszym razem przy jadalni, więc udałam się na pierwsze piętro. Zachwycił mnie widok z tamtejszego okna, a w zasadzie balkonu, i zainteresował detal balustrady.

Jak się dobrze przyjrzycie, to zobaczycie nad parzenicą swastykę. A jak przyjrzycie się jeszcze bliżej, to zobaczycie, że nie wygląda ona jak ta nazistowska – ma zewnętrzne części ramion skierowane w drugą stronę. To symbol pomyślności, szczęścia i obfitości, tylko Hitler przejmując ją w roli logo swojej partii, odwrócił ramiona. Może dobrze, dzięki temu nie udało mu się całkiem zapaskudzić jej symboliki.

Schronisko na Hali Gąsienicowej powstało na początku dwudziestolecia międzywojennego, zresztą niedawno odsłonięto tam tablicę ku czci jego budowniczych. W tamtym czasie ten znak w żadnej formie nie kojarzył się z totalitarnym ustrojem i milionami pomordowanych. Więc umieszczono go na balustradzie i dobrze, że nie usunięto po 1945 r. Może z czasem uda się przywrócić mu właściwe znaczenie.

Z weselszych rzeczy – plakat promujący segregowanie śmieci. Szczyro prawda, nie latają 🙂 A plakat raczej nie dla orłów.

Nabrałam sił i ruszyłam w wybranym kierunku. Zachwyt się we mnie przelewał i wygląda na to, że jesienny wyjazd w Tatry wpiszę do stałego grafika. Bogactwo kolorów, względna pustka na szlakach a jak już się kogoś spotyka, to też chory na góry.

Szłam na rozwidlenie szlaków na Karb i na Świnicą Przełęcz. Miałam w planach podziwianie Zielonych Stawów Gąsienicowych. Widoki były takie:

Doszłam niestety tylko do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Widziałam jak na dłoni ludzi wspinających się na przełęcz i czułam pokusę, żeby do nich dołączyć i zejść z Kasprowego zielonym szlakiem, ale czułam, że choć serce rwie się do góry, to niestety szyneczki ciążą i na górę iść nie pozwolą. A z nimi negocjacje idą mi ostatnio kiepskawo. Siadłam więc, wydobyłam pożywienie i zajęłam się kontemplacją widoków.

Wróciłam drogą, którą przyszłam, do rozwidlenia szlaków na hali. Po drodze była piękna krynica – źródło wody tworzące mały stawek. Jego woda mieniła się odcieniami szmaragdu, dawno nie widziałam tak szlachetnego odcienia zieleni. Powierzchnia lekko połyskiwała a z dna przebijały jaśniejsze plamki liści, które wiatr strącił do środka. Żywy bursztyn, tylko w zielonym odcieniu.

Wiało zaś konkretnie. Prognoza pokazywała 36 km/h i moim zdaniem tyle było. Nałożyłam puchową kamizelkę, na szczęście jest na tyle ciepła, że nawet krótki rękaw bluzki mi nie przeszkadzał. Potem wystarczyło zejść na poziom Betlejemki i od razu było cieplej.

Już jak szłam Doliną Suchej Wody (obecnie dosłownie suchej, bo jest to literalnie potok kamieni a wilgoci nie uświadczysz) słyszałam charakterystyczny łopot śmigłowca. Leciał coś ze cztery razy, potem z hali było widać, że na Granaty. Ładna pogoda, to i o problemy łatwiej. Na szczęście przy takiej „lampie” to i ratować prościej.

Poszłam ku Jaworzynce. Skupniów Upłaz wzięli i zamknęli, bo remont, a i na szlaku spod Betlejemki ku Przełęczy pod Kopcem pracownicy parku dopieszczali szlaki, obcinając gałęzie kosodrzewiny. Cudowny zapach, stanęłam na króciutką inhalację a na moje przywitanie jeden z panów zażartował, że dla mnie to dzień dobry, bo już idę na dół.

Na przełęczy wielojęzyczny tłumek, bo oprócz tutejszych Francuzi i dwóch Skandynawów – jeden z nich miał przytroczony do paska woreczek, do którego najwyraźniej zbierał śmieci ze szlaku. Nie powiem, poczułam szacunek i odrobinę wstydu.

A nad tłumkiem sójka. Sprytna, choć jeszcze nie tak bezczelna jak orzechówki nad Morskim Okiem, które potrafią wyrwać jedzenie z ręki (a przy okazji potrącić kieliszek i rozlać wino – to już szczyt wszystkiego! Sama nie wypije i drugim nie pozwoli! Chyba że to takie powietrzne siły krucjaty abstynenckiej… A anegdotę opowiedzieli mi państwo, którzy też nocują w „moim” pensjonacie – byli „ofiarami”). Za to podlatywała bardzo blisko i nawet pozwalała robić sobie zdjęcia.

Bardzo ją zafascynował jedzony przeze mnie oscypek. Spryciula, wie, co dobre.

Dolina Jaworzynki dość ludna, skoro stała się jedynym prawie szlakiem na Halę Gąsienicową. Trochę ludzi z dużymi plecakami, pewnie na nocleg w schronisku, mili państwo, którzy zauważyli, że zgubiłam kamizelkę, zawołali za mną i mi ją znieśli oraz całe mnóstwo rudzików. Nie wiem, czy po prostu mam do nich szczęście, ale ciągle je widziałam lub słyszałam. Otwarte są też jeszcze niektóre jadłodajnie dla owadów.

Na polanie w dolinie widoki pocztówkowe, za to na niebie obłoki z perspektywy przełęczy wyglądały jakby aniołowie smażyli naleśniki. Zapewne to delikatna sugestia, by carpere diem, bo jutro lunie i mają być burze. Skorzystałam z niej tak skutecznie, że czuję, jak moje śródstopia pulsują a reszta nóg z biodrami włącznie straszy zakwasami. I tak było warto.

W Zakopanem na moje własne życzenie zwiał mi bus do MC, więc spędziłam godzinę na oczekiwaniu na następny. Udało mi się wrócić na styk – wzięłam prysznic i poszłam na mszę. Było wesoło, bo ojciec proboszcz dołączył intencję za małżonków obchodzących właśnie 25 rocznicę ślubu. Było także nowocześnie i genderowo, bo usłyszeliśmy, że „ci dwaj młodzieńcy są dziś tutaj”, a jak ojciec usłyszał, co powiedział, to nieźle kombinował, żeby się poprawić. Ale wybrnął, szacunek. Uroczystość miła. Cieszą mnie rocznice tego typu, bo takie pary są dowodem, że się da i ślub nie musi być wystawną farsą.

Jutro dzień się byczenia, szczególnie że pogoda ma być kiepska. Lenistwo też bywa przydatne w życiu.

* Wczorajszy wrzątek pochodzi z anegdoty o ajencie Murowańca, którego irytowali sypiający tam studenci, bo nic nie kupowali do jedzenia a tylko chcieli darmowy wrzątek. Na pytanie o niego miał zwyczaj odpowiadać: „Jest, ino wcorajsy!”.

 

2 myśli nt. „[MC jesiennie] Październikowy klasyk

  1. Apropos ornamentu ze schroniska, czytałem o tym w książce Waldemara Łysiaka „Polaków dzieje bajeczne”. Nad wejściem do Muzeum Tatrzańskiego też była wyryta swastyka pośrodku daty utworzenia 19 / 22. Znajdowała się ona również na odznakach strzelców podhalańskich. Punkt za spostrzegawczość 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s