„Ból i blask”, reż. Pedro Almodovar

ból i blask

Na studiach chadzałam na filmy Almodovara, potem drogi mi się z nim rozeszły, więc informacja o kolejnym jego obrazie nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Wprost przeciwnie było z recenzjami i to one mnie skłoniły do nawiedzenia Kina Pod Baranami (polecam – kameralnie i sympatycznie). Wrażenia?

Świetnie spędzone prawie dwie godziny seansu. Począwszy od fajnej współ-publiczności, która nie świeciła w trakcie filmu komórkami, nie chodziła w tę i z powrotem do kibelka, nie wykładała stóp – czy to obutych, czy też pozbawionych obuwia – na oparcia foteli. Pełna kultura, czy jak uznawano w zamierzchłych już nieco czasach mego dzieciństwa – norma.

Zostawmy jednak dawkowanie moraliny, przejdźmy do filmu. Zachwyciły mnie przede wszystkim rzeczy dwie: Antonio Banderas wreszcie miał co grać oraz piękno kadrów.

Aktora tego zwykle kojarzy się z rolami amantów, którzy za dużo na ekranie nie muszą, wystarczy, że się pojawią, błysną okiem i rzucą kilkoma tekstami niskim, lekko chrapliwym głosem. Almodovar wydobył z Banderasa całe może możliwości. To są drobne reakcje mimiczne, ruch, ale też estetyka jego postaci – niedbała a jednak wypracowana. Jego postać przekonuje, zarówno ogólnie, jak i do siebie samej. Uszkodzenie kręgosłupa jest tak ewidentne, że mnie zaczęły boleć plecy, jak patrzyłam na ekran.

Jego Salvador Mallo jest nieco pociesznie depresyjny (ogólnie w filmie jest wiele żartobliwych wątków i scen, jest to głównie komizm sytuacyjny, ale zawsze w punkt), zdystansowany do siebie, ale też autodestrukcyjny. Jego wołaniem o ratunek jest sztuka, którą tworzy. Ona jest sposobem, w jaki reżyser komunikuje się ze światem, i ostatecznie to w niej zawarty komunikat dociera do osoby, do której ma dotrzeć, dzięki czemu twórca odnajduje znów sens, godzi się z przeszłością i teraźniejszymi ranami. Almodovar słynie z autobiograficznych nawiązań a w tym filmie wydaje się kpić sam z siebie i tej cechy swojej twórczości (rozmowa z matką w szpitalu – miodzio!).

Drugi element, który bardzo mi się spodobał, to strona estetyczna filmu. Jakie tam są zdjęcia! Perfekcyjnie zgrana kolorystyka, faktury, odbicia i całe mnóstwo świetnej sztuki współczesnej w tle. Na ścianach, ale nie tylko. Już samo patrzenie na to przez dwie godziny to była przyjemność. Szczególnie że nie ma tu niepotrzebnych scen, ekspozycji, słów. Każdy element jest potrzebny i stanowią wszystkie razem misterną układankę wymagającą wielokrotnego obejrzenia, by je wychwycić.

Tak sobie myślę teraz, że warto też wspomnieć o postaciach drugoplanowych, a dokładnie matce, granej w młodej wersji przez Penelopę Cruz (świetna) a w starszej przez Juliettę Serano (pełen zachwyt),  oraz aktora i reżysera Alberto Crespo (Asier Etxeandia). Heroinista i nieco melodramatyczny, ale o bardzo silnej osobowości, obok której trudno przejść obojętnie.

Tak, jest to kino o kinie. Owszem, nie przepadam za tym gatunkiem. Jednocześnie jednak jest to film o niemożności wypowiedzenia siebie wprost, choć to, co nosi się w sobie, już dławi i powoduje ataki prawie śmiertelnego kaszlu. To też opowieść o potrzebie spotkania drugiego, domknięcia spraw z przeszłości, by móc ruszyć przed siebie. I, powtórzę się, sztuce jako komunikacji, czymś w rodzaju listu w butelce, który potrafi przeczytać ze zrozumieniem tylko jedna osoba. I o wyzwoleniu, jakie przynosi to zrozumienie. Almodovar mówi prawdę i mówi ją w przepiękny wizualnie sposób.

Jest też wątek, który pobrzmiewa z lekka politycznie niepoprawnie, jak się w niego wsłuchać. Otóż jedna z postaci dopiero wtedy staje się wolna, kiedy rezygnuje z gejowskiego stylu życia i staje się przeciętnym mężem z żoną, dziećmi i własną restauracją. Nie wiem, czy taki przekaz reżyser miał na myśli, ale tak to pobrzmiewa, przynajmniej dla mnie.

Warto iść na to do kina, głównie ze względu na piękno zdjęć. Polecam jednak Ich Kameralności Kina Studyjne, bo tu potrzebny jest odpowiedni klimat oglądania. A, zapomniałabym – także słuchania, bo muzyka tu jest zacna. Ostrzegam też lojalnie, że to jest Almodovar, więc dzieci na film lepiej nie zabierać, bo sporo scen ma w tle sporo, choć subtelnej, homoerotyki. Ona jednak nie jest głównym tematem, jest raczej jednym ze środków do przekazania tego, co twórca filmu chciał przede wszystkim przekazać. W końcu sztuka służy do komunikacji…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s