[szkoły duchowości] Ignacjańska

loyola_1

Święty Ignacy Lojola, pochodzący z krajów Basków założyciel Towarzystwa Jezusowego, opracował swoje Ćwiczenia duchowe na wiele lat przed powstaniem jezuitów. Były one owocem m.in. jego własnej walki wewnętrznej, jaką stoczył w jaskini w Manresie, a która o mały włos nie kosztowała go życia. Maksymalista i człowiek wielkich pragnień, do tego przyzwyczajony za życia przed nawróceniem do wysiłku i zdobywania samemu za wszelką cenę tego, czego się pragnie, podobnie podszedł do życia wiarą. A Pan Bóg już na starcie nakazał mu hamowanie. Ignacy potrzebował lekcji bardzo mniszej, bardzo w stylu Ojców Pustyni – że tu nie da się siłą naszą, ale trzeba mocą Pana Zastępów. Pan pozwolił Lojoli zabrnąć w takiej miejsce duchowej wspinaczki, z którego on już nie mógł się cofnąć a nie był w stanie sam pójść wyżej. Zostało tylko wołanie o pomoc.

Rekolekcje ignacjańskie zaczynają się od medytacji o Bogu jako pełnym miłości Stwórcy. Rachunek sumienia w stylu ignacjańskim też zaczyna się właśnie od tej prawdy, która wyraża się w dziękowaniu za otrzymane łaski. Myślę, że oba te rozwiązania mają swoje korzenie w doświadczeniu świętego, o którym napisałam powyżej a które on potem zawarł w zdaniu (prawdopodobnie zapożyczonym od św. Augustyna): „Działaj tak, jakby wszystko zależało od ciebie, ale módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga”.

Dopiero po doświadczeniu spotkania z pełnym miłości a jednocześnie wszechmocnym Stwórcą można stanąć twarzą w twarz ze swoim grzechem. Co więcej, proces ten należy powtarzać cyklicznie. On oczyszcza zmysły serca (św. Teresa Wielka pewnie napisałaby tu o zmysłach wewnętrznych), oczywiście warunkiem dobrego jego przeżywania, tak samo jak dobrego przeżycia ignacjańskich, jest przyjęcie na tyle, na ile jesteśmy w stanie, postawy dziecka: ufnego, wielkodusznego, chcącego być blisko rodzica i gotowego do pełnego posłuszeństwa.

Nie będę tu szczegółowo omawiać wszystkich tygodni rekolekcji, bo zarówno w internecie, jak i w wydaniu książkowym można zapoznać się z ćwiczeniami. Jest też bardzo szeroka literatura na ich temat. Dla mnie kolejne cztery lata, w ciągu których odbywałam kolejne tygodnie (każdy po rocznej przerwie), były czasem wielkiej łaski a jednocześnie wielkiej wolności. Cudowne milczenie kolejnych ośmiu dni w Centrum Duchowości w Częstochowie, odsłaniające w mnie kolejne poziomy do posprzątania, ale też niosące coraz głębszą pewność, że On przy mnie zawsze jest, sprawiły, że zwyczajne rekolekcje polegające na wysłuchaniu kilku konferencji, to już nie to. To jak spacer po parku, kiedy ja przywykłam do wędrówki po górach, po której zapominam ze zmęczenia, jak się nazywam, ale która zostawia trwały ślad w sercu.

Ćwiczenia przypominają trochę wojskową zaprawę, w końcu w pierwszym życiu Ignacy był żołnierzem. Są zwięzłe w opisie, precyzyjne i przy całej swej subtelności wymagają bardzo jednoznacznych decyzji. Do niektórych z nich wciąż dorastam, choć podejmowałam je dobre kilkanaście lat temu. Dają też konkretne narzędzia duchowego rozeznawania, czyli broń do walki z podszeptami demonów. Tu u Lojoli widać wyraźnie inspirację Ojcami Pustyni, nie wiem, czy czytał ich bezpośrednio, czy to jakieś zapośredniczenie, ale podobieństwa są bardzo wyraźne.

Drastyczne ograniczenie bodźców, jakie jest wymagane podczas tych rekolekcji, sprawia, że każdy otrzymywany tam impuls nabiera wyjątkowej siły i „głośności”. Dlatego to tak dobry poligon rozeznawania – czuć wszystko. A skoro otrzymywane bodźce są mocniejsze i wzbudzają większe emocje, zostają z nami na dłużej. Niby czysta psychologia, jednak to w żaden sposób nie podważa Bożego działania. W końcu czemu Stwórca miałby się nie posługiwać mechanizmami, które sam w nas stworzył?

Zresztą są też i takie chwile, kiedy (jak to doskonale w regułach rozeznawania opisuje twórca ćwiczeń) Bóg nas dotyka bezpośrednio. A to zmienia serce, jeśli pozostaniemy wierni podjętym wtedy decyzjom i zachowamy w pamięci to doświadczenie – zmienia na zawsze i staje się początkiem nieustannej przemiany.

Ćwiczenia to jedynie przygotowanie, nie da się tak żyć na co dzień. Maksymalnie mogą trwać 30 dni, jak zaznacza w rozdziałach wprowadzających ich autor, i tyle trwają dla mężczyzn przygotowujących się do bycia jezuitami. Dla mnie etap takiego spotykania się z Bogiem na razie się skończył – po tym, jak ostatnio byłam na rekolekcjach zamkniętych, miałam problem z powrotem do codzienności. Zderzenie po tygodniu milczenia z ilością hałasu wszelkiego rodzaju, jaka nas otacza, była jak cios w twarz. Przez chwilę rozważałam powrót biegiem do domu rekolekcyjnego, ale potem uznałam, że biorę to na klatę. Pan Bóg się o mnie zatroszczy. Tyle że może robię przerwę od takich rekolekcji.

Postulowane przez Ignacego w ćwiczeniach poranne, południowe i wieczorne rachunki sumienia, układ modlitwy przedłużonej (medytacji lub kontemplacji w stylu ignacjańskim) z konkretnymi punktami do przejścia i rozważenia, opisany przez niego „szlak” duchowy z konkretnymi momentami zatrzymania stały się od XVII w. standardem w formacji kapłańskiej i wszelkiego rodzaju zgromadzeniach zakonnych. Dotrwały tak do połowy XX w. Widziałam notatki z rekolekcji, jakie odbywał w latach pięćdziesiątych pewien dominikanin przed bodaj pierwszymi ślubami, i widać w nich wyraźnie właśnie ten ignacjański charakter. Franciszek Salezy, nota bene wychowanek jezuickiego kolegium, zaproponował w Filotei także świeckim oparty na ćwiczeniach sposób formacji. Ćwiczenia stały się schematem prowadzenia wiernych do świętości, przetwarzanym i dostosowywanym, ale wyraźnie rozpoznawalnym, na całe wieki.

Po II soborze watykańskim wszystkie zakony zaczęły szukać własnej duchowości i sposobów formacji – jezuici, jak widać, mieli najłatwiej. Prowadzą jednak nadal rekolekcje dla świeckich i kapłanów, więc można zaczerpnąć z duchowości ich założyciela. Mnie ona pomaga pełniej wykorzystywać potencjał, jaki otrzymałam i otrzymuję od dominikanów. Porządkuje, pozwala rozsądnie gospodarować siłami i zasobami a przede wszystkim dała mi odwagę do korzystania z duchowego kierownictwa i pomocy stałych spowiedników.

Podczas odbywania ćwiczeń to standard, bo samemu bardzo łatwo uwikłać się we własne złudzenia – codzienna rozmowa z kierownikiem trzeźwi. Prowadziła mnie siostra zakonna, służebniczka starowiejska, za czego bardzo się cieszę i co było mi bardzo potrzebne. Ona też, kiedy utknęłam w martwym punkcie na drugim tygodniu, „zaniosła” mnie na Jasną Górę i jej modlitwa dała mi siłę do pójścia dalej. Do dziś zachowuję ją w modlitewnej pamięci.

Jestem świadoma, że te rekolekcje nie są dla każdego oraz że trzeba jechać na nie w dobrym momencie. Każdy ma swoją drogę do Boga i to jej ma być wierny. Co nie zmienia tego, że dla mnie to był czas nawrócenia i jedne z najpiękniejszych tygodni życia. Jako dziecko szkoły dominikańskiej, bywam pełna miłości uszczypliwej wobec jezuitów, szczególnie ich podejścia do liturgii (jedyny słaby punkt rekolekcji to był sposób sprawowania Mszy św. – wychowana na dominikańskiej celebrze cierpiałam, oczywiście w milczeniu). Jednak mają w moim sercu szczególnie cieplutkie miejsce, bo gdyby nie prowadzone przez nich rekolekcje, moja relacja z Bogiem byłaby o wiele uboższa.

Jedna myśl nt. „[szkoły duchowości] Ignacjańska

  1. Pingback: Blogowe podsumowanie września – Marcin Romanowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s