Po nic, czyli Zioło

Ucieszyłam się, kiedy z ploteczek na fejsbuniu wyłoniło się przeczucie kolejnego Zioła. Zapowiedź padła w kontekście rychłej beatyfikacji Męczenników z Tibhirine. Zyskali dla mnie twarze, czyt. stali się bliscy, po tym, jak przeczytałam jeszcze w latach dziewięćdziesiątych zeszłego stulecia Ziołowe „Bobry Pana Boga”.

Siedziałam w malutkiej kuchence wynajętego mieszkania, z przewiewnym oknem na studnię kamienicznego podwórka, i pożerałam kolejne strony, merdając od czasu do czasu w garnku z obiadem. Z parteru dobiegał do mnie szum kawiarnianego życia, zwielokrotniony obijaniem się o kolejne piętra, nad dachem migał kawałek błękitu upstrzonego gołębiami a ja wędrowałam sobie po pustyni i miasteczkach w Algierze. Dobre wspomnienia.

Tak więc na początku było przeczucie, a potem zapowiedź wywiadu-rzeki.

20180917085824_Ziolo-okladka_front_preview

Tytuł mnie wewnętrznie rozbawił, bo przypomniał fragment z Mertona (też przecież OCSO). Rzeczony trapista napisał bowiem filipikę, żarliwą jak to filipiki, przeciwko szukaniu użyteczności życia mniszego. Mnich światu jest po nic. W końcu nie dla świata wybrał taką formę życia, jaką wybrał. Świat jednak (nadal nieudolnie parafrazuję Mertona) wciąż próbuje umieścić mnicha gdzieś w swojej układance wg zasad użyteczności, bo przecież wszystko o tyle ma sens i istnieje, o ile jest użyteczne.

Tymczasem to dwa różne systemy widzenia rzeczywistości i mnich jako ten bóbr czy raczej wydra wyślizguje się ze schematu świata. Tu ma za dużo, tam za mało, a jeszcze gdzie indziej – w ogóle nie ma. Bez sensu.

Trzeba jednak przyznać, że książka wyszła fajna. Zewnętrze zachęcające: moja ulubiona zintegrowana oprawa, format nieco bardziej w kwadrat niż klasyczny, czarnobiałe zdjęcia, przejrzysty układ, apetyczne 400 stron lektury.

Dobrze, przejdę już do meritum: zawartość. Pytania chwilami nieco agresywne, ale też wiele z nich reprezentuje gatunek, o którym o. Michał pisze w „Dzienniku Galfryda” czy „Piosence humbaka”, a które ciągle słyszy od gości w opactwie. Nie dziwi więc wprawa, z jaką sobie z nimi radzi, uzupełniona o odrobinę dezynwoltury i mocno ziołowy humor, co to nie piecze, ale zdecydowanie podkręca smak.

Ot, siedzi sobie taki bóbr na brzegu, a turyści odpytują go o konstrukcję żeremia, jakość życia w tamie oraz jej wpływ na środowisko naturalne, makro- i mikroflorę. On grzecznie i cierpliwie odpowiada, choć świetnie zdaje sobie sprawę, że to wszystko widać, wystarczy podpłynąć, popatrzeć, powdychać powietrze przesycone wilgocią i zapachem trocin (tak mniej więcej przez kwartał). Spokojnie prostuje próby nadania całości dramatyzmu czy choćby odrobiny tajemniczości, upraszcza i od czasu do czasu miesza kpiną jak ogonem w rzece.

Czasem z bobra wyłazi stara psia natura, nie do końca wypłukana latami spędzonymi w rzece (a właściwie rzekach, bo to bóbr bardzo wędrowny jest). Dar słowa budzi się z nieco wymuszonej ślubem milczenia drzemki, pani erudycja leniwie się przeciąga na ten widok i uprzejmie podsuwa kolejne smaczki, choć bez nachalności. Troszku jej przybyło na hojnej diecie trapistowskich bibliotek i podsyłanych z Polski książek. I ta lekka, taka bardziej dominikańska uszczypliwość…

Czy warto? Jestem ostatnią osobą, która potrafi na to pytanie odpowiedzieć obiektywnie. Więc całkowicie nieobiektywnie – warto. Nie po to, żeby znaleźć odpowiedź na tytułowe pytanie, ale żeby posłuchać mądrego człowieka. Nawet jeśli jest mnichem…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s