Z okazji urodzin (?)

Początki polskiej prowincji giną w pomroce dominikańskiego chaosu. Trzeba bowiem przyznać, że niewiele rzeczy jest tak specyficznych i trwałych w dziejach braci kaznodziejów, jak bałagan. Co jakiś czas Duch unoszący się nad nim posyła kogoś, kto to tochu wawochu nieco ogarnie, ale potem OP-entropia znów robi swoje.

Porzućmy jednak dywagacje natury ogólnej i skupmy się na kawałku świata, który dla braci w Italii był gdzieś tam na północnym-wschodzie, za górami. I rzekami. I znów górami. Dwóch kanoników z tego miejsca postanowiło zostać dominikanami i zanieść ten charyzmat do swojego kraju. Przyjęli habity, odbyli nowicjat, czy raczej coś w rodzaju nowicjatu (bo jego forma nie do końca była wtedy ustalona) i wyruszyli.

Do celu podróży, czyli Krakowa, dotarli 1 listopada 1221 r., jak notuje Jan Długosz. I to można uznać za narodziny prowincji. Tu jednak zaznaczmy że, po pierwsze, nie mieli jeszcze swojego kościoła (waletowali kątem na Wawelu u biskupa), po drugie, wtedy jeszcze nie do końca dokumenty dominikańskie definiowały, co to jest prowincja zakonu. Oraz kiedy powstaje.

Kościół przejęli po parafii w marcu 1222 r. Od razu zaczęli jego przebudowę, bo potrzebowali chóru, oraz budowanie przynajmniej dormitorium (sypialni) dla siebie. Może więc to jest początek prowincji?

A może jednak będzie to rok 1223 i konsekracja kościoła? W końcu dopiero wtedy mogli w pełni legalnie korzystać z niego liturgicznie.

Czy raczej rok 1225? Wtedy piorun spalił braciom zaczątki klasztoru, ale i tak na jego zgliszczach (najprawdopodobniej) odbyło się pierwsze spotkanie polskich braci z przełożonym przysłanym przez generała, szumnie określane w piśmiennictwie pierwszą kapitułą polskiej prowincji. Z tym, że prawnie nadal nie do końca było wiadomo, co to za byt ta prowincja i co można tak określać. Czy, na przykład, taki jeden klasztor, i to nadpalony, w definicji się mieści?

Po tym spotkaniu z przełożonym bracia ze św. Jackiem na czele ruszyli w teren zakładać kolejne domy i dziesięć lat później będzie istniała już całkiem przyzwoita ich liczba, w tym ten kijowski zdąży nie tylko powstać, ale nawet przestać istnieć. W dokumentach kapituł będzie się już pojawiał byt nazywany polską prowincją, w której skład do 1301 r. będą należały także klasztory w Czechach i na Morawach. Jednak precyzyjne określenie momentu jej powstania jest de facto mało możliwe.

W przeciwieństwie do stanu jej posiadania, bo akurat o dokumenty dotyczące uprawnień duszpasterskich oraz nadań materialnych bracia zawsze starannie dbali – w końcu Jacek był Odrowążem, rodzinna zapobiegliwość nie opuściła go zapewne aż do śmierci (a sądząc po jego działaniu wstawienniczym, nadal go charakteryzuje).

Plus z tego zamieszania jest taki, że z okazji osiemsetlecia powstania tej cząstki zakonu zamiast przez rok, można imprezować przez kilka lat. A co sobie żałować.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s