Jarzmo

Było wczoraj w Ewangelii. Źle się kojarzy, głównie z niewolą i przymusem pracy. Skoro jednak Jezus mówi, że może być słodkie, to może warto grzebnąć głębiej i sprawdzić, co tak naprawdę zawiera ten obraz? I co ma wspólnego z bł. Czesławem, którego odkryłam kilka lat temu, podczas pierwszej wizyty u wrocławskich OP. Od tamtego czasu mam do niego bardzo dużo sympatii, nie mówiąc o zaufaniu.

Jarzmo, o którym mówił Jezus, było zwykle drewniane i zaprzęgano do niego bydło, zazwyczaj parę. W zależności od rasy, zakładano je na kark lub pod rogi na czoło. Co istotne, był to wynalazek ułatwiający pracę i to głównie… zwierzęciu.

Naprawdę. Dzięki temu, że jarzmo opierało się na konkretnej części ciała wołu, sprawiało, że nie musiał wkładać tak dużo siły w ciągnięcie pługa czy wozu, jak w klasycznej uprzęży. Po prostu lepiej wykorzystywał swoją siłę. Ponadto jeśli zwierzaki szły w parze, jarzmo sprawiało, że wyrównywały krok, szły równo i dzięki temu mogły lepiej ze sobą współpracować. Tego typu uprząż też nadawała im zdecydowanie kierunek, łatwiej było nimi kierować.

Dziś także jarzmo (tylko inne, metalowe) jest elementem spinającym i wzmacniającym przez to różnego rodzaju mechanizmy składające się z wielu, najczęściej różnych elementów.

Tym, co w jarzmie bywa trudne, jest właśnie ograniczenie swobody ruchu. Takie jest zadanie jarzma i prawidłowo założone właśnie temu służy, jednocześnie nie zadając bólu / nie niszcząc nosiciela, chociaż trzeba do niego przywyknąć. Dzięki niemu można lepiej wykorzystać swój potencjał, ale za cenę częściowej rezygnacji ze swobody.

Jezus mówi o swoim jarzmie, że jest słodkie, i myślę, że ma na myśli słodycz wynikającą z miłości. Jeśli ograniczamy siebie dlatego, że dążymy do jakiegoś dobra lub czyjegoś dobra, przyjmujemy to ograniczenie ze spokojem a czasem nawet z radością. Wkładamy na nasz kark jarzmo, bo wiemy, że ono jest środkiem przyśpieszającym osiągnięcie celu, do którego zmierzamy.

Tu następuje moment, kiedy na scenę wchodzi Czesław [oklaski]. Powtarzam to wszędzie, ale on naprawdę zostawił bardzo dużo, wybierając habit. Karierę duchownego, swobodę wysokiego kościelnego dygnitarza, poczucie władzy płynące z zarządzania finansami kolegiaty sandomierskiej, pewność jutra – rzecz bardzo cenna dla kogoś, kto wszedł już w druga połowę swojego życia. Przyjął na swój kark jarzmo reguły i konstytucji, żebraniny i niepewnej przyszłości w dopiero kiełkującej prowincji, konieczność kroczenia we wspólnocie, czasem z ludźmi, których sam by nie wybrał na towarzyszy.

I podobnie jak orzący wół nie szedł w tej uprzęży sam. O ile św. Dominik przez wiele lat na początku zakonu jest tylko z jeszcze jednym ojcem, to polska prowincja zaczyna się od razu od małej wspólnoty: Jacka, Czesława i Hermana. Do Krakowa (jak zanotował Jan Długosz) przyjdzie ich, licząc z Jackiem, już dziewięciu.

Habit był jego jarzmem, a dokładnie zasady życia, jakie przyjął, nakładając ten strój. Ograniczyły jego swobodę? Tak. Narzuciły określony sposób przeżywania dnia a nawet życia? Oczywiście. Doprowadziły ostatecznie do świętości?  No ba. Co więcej, z jej owoców do dziś możemy korzystać – kto kiedykolwiek prosił Czesława o wstawiennictwo, na pewno potwierdzi.

Słodkie jarzmo, słodkie jego owoce. Chwała temu, który miał odwagę zaryzykować.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s