[Tobbiana] Prawdziwa Prowansja

Czyli Toskania. Zasadniczo chodzi o miejsca, które są wizytówkami tej krainy, nawet jeśli to dość absurdalny detal typu kępa cyprysów na pustym, dosłownie pustym, bo ugorowanym w tym roku polu:

IMG_2435

Drzewka grzecznie ogrodzone, na ulicy ciąg samochodów a w polach stada ludzi z aparatami, którzy chcą koniecznie mieć zdjęcie prawdziwej Toskanii. Gosia mówiła, że w tym regionie nawet typy upraw są ściśle regulowane – nie wolno rolnikom siać nic poza roślinami kojarzonymi z tym miejscem. I jeszcze ci przyjadą turyści i wydepczą lub wytłuką (niektórzy np. kładli się w zielonej pszenicy, bo przecież każdy wie, że leżący w pszenicy turysta wygląda bardziej toskańsko). Niektórzy zrozpaczeni właściciele stawiają nawet tabliczki:

 

Zdjęcia obok tabliczki to kolejny klasyczny landszafcik, czyli kaplica di Vitaleta. Byliśmy tam, kiedy akurat zaczynała się tzw. złota godzina fotografii. Słońce powoli schodziło do horyzontu, malała różnica między tym, co oświetlone, a tym, co zacienione, wydłużały się cienie a na polne dróżki prowadzące do kapliczki wyroili się od ludzie z ciężkim sprzętem fotograficznym. Mnie za to rozbroili nasi panowie, których bardziej od kapliczki i światła zainteresowały umieszczone nieopodal zabudowań brony oraz przyczepa. Technicznie rzecz ujmując, rzeczywiście bardziej ciekawe.

Nie da się jednak widokom, z których tu podkpiwam, odmówić uroku. Do mnie jakoś szczególnie przemówił ten obrazek, uchwycony po drodze do kapliczki:

IMG_2454

Te ciemniejsze „przetarcia” to nie cienie chmur, to kolor ziemi. W takich okolicznościach przyrody malowanie to po prostu kopiowanie natury, rozumiem te wszystkie wyjazdy po inspiracje właśnie na południe.

Jednak zanim nadeszła złota godzina, spędziliśmy w podróży cały dzień, a i później sporo się działo. Do punktu docelowego środowej wycieczki jechaliśmy dość długo, a ponieważ rano nie wypiłam kawy, czułam jak powoli poziom krwi w kawie w moich żyłach gwałtownie rośnie a wraz z nim ryzyko zmian w psychice. Głos uzależnienia pacyfikowała nieco rozmowa w samochodzie oraz wygląd rzeczywistości za oknem, ale w końcu zdobyłam się na odwagę i zasugerowałam, żeby przed zwiedzaniem jednakowoż wypić espresso, w duchu dodając, że najlepiej doppio. Magda mnie wsparła i tak znaleźliśmy się w Castel Nuovo dell’Abbate – średniowiecznym kieszonkowym miasteczku, które w bliższym oglądzie okazało się czymś w rodzaju sporego auberge, czyli domu noclegowego dla pielgrzymów. Cóż, w końcu byliśmy na via francigena, a więc szlaku pielgrzymkowym z Francji, a na sąsiednim wzgórzu leżały pozostałości po romańskim opactwie.

Grzecznie zaparkowaliśmy, udaliśmy się w stronę Porta Nuova i tu nastąpiła chwila grozy. Otóż, korzystając z pogody, daty (był 25 kwietnia a więc święto narodowe Włoch i wolne od pracy) i pięknych okoliczności przyrody mieszkańcy jednego z okolicznych miejsc urządzili sobie wycieczkę. W związku z tym wstęp do miasteczka był biletowany. Na szczęście ks. Krzysztof dogadał się z bileterami, że my tylko po espresso, bo konamy (jak dobrze, że Włosi to tak dobrze rozumieją), i że tylko pięć osób. Wpuszczający nas pan liczył nas z całą powagą i z równą powagą sekundował mu mały chłopiec, może siedmiolatek, bardzo przejęty swoją funkcją bramkarza.

Za bramą ukazał się cudowny widok: niech sobie waszmość państwo imaginują wąską, krętą uliczkę na środku której stoi nakryty białym płótnem wielometrowy stół zastawiony talerzami, sztućcami, napojami i ewidentnie oczekujący na więcej. Szykowała się impreza kończąca wycieczkę i aż pozazdrościłam, że się nie załapiemy. Podążyliśmy za to do najbliższego baru, wypiliśmy po kawie i poszliśmy pozwiedzać, bo okazało się, że Gosia i ks. Krzysztof też jeszcze nigdy tam nie byli.

 

 

Powyżej bar, wąska uliczka mająca ożywić imaginację, fragment ryneczku z widokiem na dolinę, detal ze ściany kościoła (istotne tu są te ewidentnie wtórnie wykorzystane białe kamienie z napisem D.O.M. – albo nagrobkowe, albo ze świątynki pogańskiej), kwiaty w pudełkach po winie (miejscowe znane Brunello), wreszcie pałac Piccolominich – jednej z arystokratycznych rodzin z tego regionu. Właśnie jego obecność w tak małej miejscowości oraz całkiem już współczesna forestiera (dom pielgrzyma) naprowadziły nas na myśl, że Castel Nuovo było miejscem, gdzie zatrzymywali się pielgrzymi, czasem nawet na dłużej.

Z ciekawostek warto wspomnieć jeszcze o rewelacyjnej kolekcji kaktusów stojącej na ryneczku. Zresztą co tam będę pisać, sami popatrzcie:

 

A potem było opactwo św. Antimo. Odebrało mi mowę – przestrzeń tak ukształtowana, że po wejściu do niej miałam ochotę paść na kolana i po prostu się modlić. Chociaż z większego kompleksu (o którym świadczą ślady na fasadzie wejściowej) zostało tylko kilka przęseł, to i tak ta czysta romańszczyzna po prostu powala. Od bryły całości począwszy, a na detalach wnętrza skończywszy.

 

Kompleks stoi w gaju oliwnym, w którym niektóre oliwki mają po kilkaset lat. W części ich pni, wydrążonych przez czas, są ule i brzęk pszczół towarzyszy wszystkim wchodzącym do kościoła. Jest tam też w pobliżu ogród św. Hildegardy.

Po zwiedzaniu zasiedliśmy na świeżo podeschniętym sianie pod jedną z oliwek i zjedliśmy obiad, który pieczołowicie przygotowała wcześniej Gosia i zapakowała do piknikowych koszy. Był też pieczony przez nią chleb, ja zadowoliłam się orkiszowym.

 

Po odpoczynku i piknikowych pogaduszkach wyruszyliśmy do Bagno Vignoni. Gospodarze za nic nie chcieli nam powiedzieć, dlaczego warto tam jechać. I słusznie, niespodziewajka zawsze w cenie. Okazało się, że miasteczko słynie z wód termalnych oraz ciekawie, hm, zakomponowanego ryneczku, jednakowoż nie wolno się w nim kąpać. Okazało się też, że patronką miasta jest św. Katarzyna ze Sieny, więc od razu cieplutko mi się na sercu zrobiło, chociaż nóg w wodzie nawet nie umoczyłam.

 

Jak widać mają tam w bibliotece publicznej kota. Co prawda czerwony w różowej kółeczka, ale zawszeć kot. Mają też świetną kafejkę z rewelacyjną muzyką, czasem nawet jazz na żywo, więc jakbyście kiedyś byli, to polecam:

 

Dzień zakończyliśmy (już po podziwianiu złotej godziny i bron) w Pienzy. Już na wejściu do miasta czuć, z czego słynie. Dojrzewające owcze (i nie tylko) sery, w tym słynne pecorino, rzucają się na nozdrza od razu.

 

Mają tam nawet lody o smaku pecorino! Podeszłam do nich bardzo nieufnie, ale okazały się smaczne. I nie woniały.

Z tarasu widokowego w Pienzy jest wspaniały widok na toskańskie pejzaże. Jak żartował ks. Krzysztof, trafiliśmy tam o platynowej godzinie (oczko wyżej niż złota). Rzeczywiście światło było genialne, na niebie śmigały stada jeżyków z ich charakterystycznym, ostrym zaśpiewem, intensywnie pachniało wszelkie kwiecie i było tak po prostu… dobrze.

 

Wychodząc z miasta, zajrzeliśmy jeszcze do hotelu, który kiedyś był klasztorem franciszkanów. Ile razy zwiedzam miejsce, które kiedyś było domem modlitwy, a teraz jest przestrzenią publicznej użyteczności albo po prostu zarobku, czuję w sercu bezradny smutek. Święty Franciszek nie bez powodu kiedyś wołał, że Miłość nie jest kochana. Te miejsca są tego martwym dowodem. Wiara to jednak delikatna roślinka, tak łatwo ją ususzyć.

Wróciliśmy późno do Tobbiany, wrzuciłam na żołądek jabłko i przyszła pora na sen. Rzuciłam jeszcze okiem na światła Fognano w dole i pomnik ofiar wojen stojący na placyku przed wejściem na taras z kościołem. Rano przeszła tamtędy procesja ekspiacyjna (ks. Krzysztof przywrócił zwyczaj takiego właśnie świętowania uroczystości św. Marka) a po mszy złożono pod pomnikiem dosłownie laurowy wieniec. Był wójt, mundury, celebracja. A mi w pamięci został wygląd pomnika – ewidentnie miał się skończyć po I wojnie światowej i widać wciąż miejsce, gdzie dołożono drugą część. Czemu tak nam trudno uczyć się na błędach?

IMG_2641

Przede mną była na szczęście piękna perspektywa następnego dnia. Cinque Terre! I było się na co cieszyć, zdecydowanie.

Zapraszam na bloga Gosi, szczególnie fanów piękna i Włoch oraz tych, którzy chcą nimi zostać: Toskańskie zapiski spełnionych marzeń.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s