[Tobbiana] Skrzypce, ogród i dziura na wino

Kiedy we wtorek otworzyłam rano okno, uderzyła mnie świeżość i zapach powietrza. Kwietny, słodki, a jednocześnie delikatny. Pierwszy oddech był czystą frajdą, jakbym nabrała w płuca gazu rozweselającego. Wstałam o 8.00, bo pół godziny później zaczynała się msza. Nota bene za ścianą, więc szczególnie daleko nie było, ale zagadałyśmy się z Gosią i przez to weszłyśmy równo z celebransem.

W miarę upływu dni udało mi się opanować kilka najprostszych odpowiedzi, ale na początku aktywnie w celebracji uczestniczyły tylko moje uszy. Wracając od komunii, odkryłam, że w ołtarzu bocznym są nasi – św. Dominik i św. Katarzyna ze Sieny. W końcu ołtarz różańcowy, więc obecność desantu OP jak najbardziej uzasadniona.

Ujęło mnie to, jak ks. Krzysztof odprawia. Począwszy od takich detali, jak ornat skrzypcowy (obejrzałam go sobie potem w zakrystii i był bardzo, bardzo), przez codzienne używanie Kanonu rzymskiego (I Modlitwa Eucharystyczna, jakby kto pytał), po troskę o skupienie, ale bez niepotrzebnej napinki. Liturgia miała swój rytm, dobry rytm. Taki, który jednocześnie daje wolność i angażuje. I najważniejsze: nie było nigdy wątpliwości, Kto jest w centrum tego wydarzenia.

Codziennie w kościele było kilka osób, zawsze ktoś kantorował, zwykle panie. Codziennie też był ministrant, czyli Francesco. Pan pod pięćdziesiątkę, zakrystianin i lektor. Dzień zaczynał od mszy, a potem szedł do baru prowadzonego przez fana Che Guevary na espresso i poranny przegląd prasy. Tu trzeba wspomnieć, że klimaty w wiosce nieco jak z Don Camilla: przyjemnie konserwatywny proboszcz i wojujący komunista, choć nie wójt i mechanik, a właściciel baru. Relacje między panami z wyraźnymi cechami miłości uszczypliwej.

Po mszy Gosia oprowadziła mnie po kościele i stojącym obok niego oratorium. Parafia jest mała, a zespół jej budynków ewidentnie wymaga nakładów. Jednocześnie samo miejsce ma tyle uroku, że nie dziwię się polskim parom, które decydują się na ślub w Tobbianie.

Wróciłyśmy przez zakrystię, która jest połączona bezpośrednio z plebanią, tak że ksiądz, idąc na mszę, nie musi wychodzić na dwór. Ot, kilka schodków do pokonania i jest się już prawie przy ołtarzu.

Po śniadaniu i obowiązkowym espresso dołączyli do nas Magda i Paweł – kuzyni principale, których małżeństwo błogosławił jakiś czas temu. Przyjechali nadrobić podróż poślubną i w tym właśnie zestawie towarzyskim podróżowaliśmy.

Na pierwszy ogień poszła Florencja. Marzyłam po cichu przed wyjazdem, że uda się do niej zajrzeć, więc kiedy Gosia powiedziała mi o planach jej zwiedzania, ucieszyłam się bardzo. Zaparkowaliśmy na obrzeżach miasta, wypiliśmy kawę al banco, czyli przy barze (taniej, szybciej i sympatyczniej) i wsiedliśmy w podmiejski pociąg, który zawiózł nas w pobliże kościoła Santa Maria Novella. Oczywiście, że dominikańskiego, w końcu OP są wszędzie. Prawie. Nie weszliśmy tam jednak, choć ciągnęło mnie, bo są tam w kaplicy relikwie św. Jacka.

Zamiast tego przejechaliśmy się po Florencji podmiejskim, aż pod opactwo San Miniato.

IMG_2260

Elegancka fasada z przełomu antyku i średniowiecza, ascetyczne wnętrze a obok pałac biskupi. Stojąc przed kościołem, można kontemplować albo tylko rzucić okiem czy też obiektywem na wspaniałą panoramę miasta.

IMG_2266

Tuż za wejściem przywitał nas wielki fresk przedstawiający św. Krzysztofa a po mojej łepetynie zaczęło się błąkać jako ten Don Kichot przekonanie, że to nie jest bez znaczenia. I miejscówka świętego, i jego rozmiar. Któryś autor w którejś książce na moim warsztacie coś pisał na ten temat. Doszłam, co pisał, dopiero w Polsce.

Otóż wierzono, że kto popatrzy rano na wizerunek świętego [obecnie] od kierowców, tego do końca dnia nic złego nie spotka. Przekonanie musiało być silne, sądząc po częstotliwości pojawiania się fresku o tej tematyce w kościołach i to w miejscu, gdzie od razu można było go zobaczyć, i w rozmiarach, które służył temu samemu. Nawet tam, gdzie inne freski zniszczono, św. Krzysztof na ogół ocalał. Nie ma to, jak dobra opinia wśród przesądnych…

Wracając do San Miniato: opactwo opasuje piękny cmentarz, między innymi jest na nim grób Zefirellich (rodziny słynnego reżysera). W samym kościele przeprowadzano właśnie remont kapliczki z ołtarzem dla ludu. Trafiliśmy na końcówkę, to znaczy umieszczanie oświetlenia i uzupełnianie fug w posadzce. Grupka bardzo przejętych panów i niekończące się debaty, każdy pan oczywiście świetnie znający się na rzeczy, sądząc po wyrazie twarzy, tonie głosu i postawie. Tylko monter mógłby nie chodzić w butach po konsekrowanej mensie, w której na dodatek są relikwie. Cóż, brak wyczucia sacrum to wielki brak…

Jak widać po galerii powyżej, poruszyło mnie jeszcze kilka detali: fresk przedstawiający Marię Magdalenę, św. Katarzyna Aleksandryjska, którą umieszczono na straży niszy ze świętymi olejami (drzwiczki poniżej), krucyfiks, który został zniszczony w taki sposób, że Jezus wydaje się mieć przepaskę na oczach, i wreszcie pikujący na koronę Maryi Duch Święty – najbardziej powalające są szeroko rozstawione łapki. Ile razy popatrzę, to mię chichot ogarnia.

Posadzkę kościoła stanowią płyty nagrobne arystokratycznych rodzin. Lektura umieszczonych tu napisów jest ciekawą lekcją historii i człowieczeństwa.

Jak obejrzeliśmy już opactwo, poszliśmy spacerkiem w stronę Mostu Złotników. Wybraliśmy drogę przez Różany Ogród. Nie było tłumów, więc spokojnie można było się ponapawać rozkwitającymi różami, kwitnącymi cytrynami oraz widokami zdecydowanie nie do pogardzenia.

IMG_2287

Po drodze mijaliśmy m.in. dom rodziny Capponich, czyli rodzinny pani Teresy Capponi Borawskiej. Patrząc na niego, przypomniałam sobie jej tekst do miesięcznika W drodze o tym, jak wybiegła kiedyś z niego po ogłoszeniu alarmu jedynie z telefonem i ładowarką w rękach. Jakiś teraz jest dla mnie bardziej plastyczny.

Przy tym domu też Gosia pokazała nam to:

IMG_2294

Cantina Capponi to inaczej Piwniczka Capponich, a nisza poniżej to dziura na wino. Jakoś trzeba było zapobiec hurtowej sprzedaży trunku z domowych piwniczek, więc wymyślono, że otwór do sprzedaży będzie wielkości jednej butelki. Obok widać drewniane drzwi idealnie dopasowane do ściany (o mały włos co ich nie przegapiłam), ale najbardziej mnie rozbawił kaktus w oknie. Jak to mawiają w Polszcze: człowiek nie kaktus – pić musi. Jaka więc roślinka byłaby bezpieczniejsza, jeśli chodzi o wystrój piwniczki?

Tym razem Il Duomo zobaczyłam tylko w prześwicie między kamienicami, bo jechałyśmy z Gosią na umówione na długo wcześniej zwiedzanie Villi i Tatti. Załapałam się, bo ks. Krzysztof odstąpił mi swoje miejsce. Obecnie mieści się tam dom studiów dla stypendystów The Harvard University i biblioteka oraz zbiory Bernarda Berensona. Amerykańska obsesja na punkcie bezpieczeństwa sprawiła, że można to miejsce zwiedzać rzadko, w małej grupce sprawdzonych wcześniej osób, nie wolno publikować zrobionych zdjęć i należy oddać wszelkie torby w recepcji. A, i przy zwiedzaniu wnętrz wszędzie nam towarzyszył strażnik. Temu akurat się nie dziwię – cudne rzeczy tam są.

Najpierw jednak oglądaliśmy ogrody stworzone na przełomie XIX i XX w. Są one w tzw. stylu włoskim, a więc podzielono je na „pokoje”, czyli osobne działki, z których każda ma swój własny klimat i nastrój, oprócz roślin wiele tu rzeźb i detali, przez co wydaje się, że jest się w pomieszczeniu, tylko dachu brak.

Olbrzymie wrażenie robią idealnie przystrzyżone żywopłoty z bukszpanu, „salon” z wyraźną osią przechodzącą przez limonaia (pomieszczenie do przechowywania w zimie donic z drzewami cytrynowymi a poza zimą zaadaptowane do gry w ping ponga) a kończącą się zegarem na fasadzie budynku. Ogrodnicy właśnie wykopywali tulipany i przygotowywali kolejne sezonowe nasadzenia, ale i to, co było, robiło wrażenie. Kto by pomyślał, że niezapominajka nasiana w kwaterach okolonych nisko przystrzyżonym żywopłotem może tak wspaniale wyglądać!

Jeśli chodzi o wnętrze, widzieliśmy tylko kilka pokoi, ale to wystarczyło. Berenson nie kupował wiele – tylko tyle, by gustownie i zgodnie z zainteresowaniami wyposażyć willę. Zarówno dobór dzieł, jak i forma ich prezentacji są wysmakowane (np. tkaniny, na tle których wiszą średniowieczne Madonny, powtarzają wzór z szat na obrazie). Niezbyt mi podeszło zestawianie sztuki europejskiej z dalekowschodnią. Dało się zobaczyć jakieś tam dalekie powiązania formalne, ale kontrast był za silny jak dla mnie.

Ogólnie to pozazdrościłam stypendystom. Oprowadzał nas jeden z nich. Weszliśmy do jednego z pokojów, a tam kominek, na ścianach obrazy mistrzów włoskiego renesansu, meble też z tamtej epoki, a pan stwierdza: „Tu pijamy popołudniową kawę”. Tia. Jadają zaś w towarzystwie kolekcji weneckiego szkła i przepięknego obrazu św. Michała Archanioła, że o meblach tym razem zmilczę. Niektórym to dobrze. I te biblioteki, o których opowiadał przewodnik. Raj dla introwertyków, mówię wam – raj.

Kiedy wychodziliśmy, Gosia usłyszała, jak jeden z Amerykanów pytał przewodnika o to, jak można stamtąd wrócić do Florencji. Powiedziała więc, że ma w samochodzie trzy miejsca i może kogoś zabrać. Okazało się, że pan jest tylko z żoną, a jak się dowiedział, że jesteśmy Polkami, to wpadł w zachwyt. Jego babcia była z Polski (pani Pieprznik) i po przejściu na emeryturę postanowił poznać bliżej jej ojczyznę, poszukać rodziny i nauczyć się języka. Przegadaliśmy w czwórkę całą drogę do miasta, przy okazji poćwiczyłam mówienie po angielsku, rzecz nie do pogardzenia.

Na autostradzie spotkaliśmy się z drugą częścią wycieczki, która czasie, gdy zwiedzałyśmy, zjadła obiad u Leonarda, pozwiedzała wystawy ekskluzywnych sklepów i pospacerowała.

Wieczór upłynął pod znakiem domowej pizzy (pyszności…) i świetnego wina. Z piwniczki wydobyte zostały dwie butelki czerwonego trunku: przepyszne garażowe Chianti Sasseta (czyli produkowane w małych ilościach domowe wino) i drugie, leżakujące dłużej w beczkach, przez co cięższe i bogatsze Castellacio. Jak widać, po chianti nawet mój aparat stracił ostrość:

Na deser było mleczne limoncello autorstwa pani domu. Pyszne, chociaż byłam w stanie tylko go liznąć – więcej nie zmieściłoby się do żołądka. Księdza Krzysztofa od imprezy oderwała zapowiedziana wcześniej wizyta parafian, z którymi miał wkrótce jechać na wycieczko-pielgrzymkę. Zamiast kwadransa gadali przez trzy, rozpili butelkę pro secco (a przynieśli dwie), a po ich wyjściu principale nieco bezradnie przyznał, że nie ma zielonego pojęcia, o co im chodziło i po co przyszli. Oczywiście poza tym, żeby sobie pogadać i wypić pro secco.

Po kolacji padłam w pościel i zasnęłam jak kamień. Ilość wrażeń mnie oszołomiła i wino też zrobiło swoje. Do tego następny dzień zapowiadał się równie intensywnie, ponieważ mieliśmy zobaczyć „prawdziwą Toskanię”. I jak nam rzekli gospodarze, tak się stało, nawet jeśli na skutek mojego przejęzyczenia ustalono, że będziemy jednak szukać „prawdziwej Prowansji”. Wszystko przez tę lawendę na balkonie Gosi, no…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s