„Wesele” w Starym

Niedawno stwierdziłam, że dawno byłam w teatrze. Jola co prawda mieszka w Warszawie, ale jakby usłyszała moją uwagę i wysłała do mnie smsa, czy nie przeszłabym się na „Wesele” do Teatru Starego. Wybierałam się na ten spektakl od czasu jego premiery i ciągle coś wyskakiwało, więc przystałam na pomysł entuzjastycznie.

Troszku mnie przeraził początek recenzji umieszczonej na stronie teatru (fragment o muzyce oraz dopisek, że przed spektaklem można nabyć stopery), ale już końcówka, to o poszanowaniu słowa, mnie uspokoiła. Dla mnie „Wesele” to przede wszystkim fraza i rytm; słowo. Jeśli tego by zabrakło, reszta by mnie nie interesowała.

Było warto. Spektakl trwa cztery godziny z dwiema przerwami, weszłyśmy na wejściówki, więc siedziałyśmy na schodach, co tylko potwierdza stwierdzenie, że było warto, skoro podobało mi się mimo rwania w kręgosłupie. Widownia pełna, schody podobnie. W obu przypadkach widzowie bardzo zróżnicowani wiekowo.

Nieustannie mnie zachwyca w „Weselu” to, jak Wyspiański idealnie opisał polską mentalność, typy osobowości i mechanizmy społeczne. Troszku to przerażające, że tak mało zmieniliśmy się od przełomu XIX i XX w., że wciąż ścigają nas te same demony, może tylko bardziej upudrowane i po kilku liftingach. Szczególnie dobijająca scena to poranne, takie między upitością a kacem, deliberowanie o cierpieniach duszy i pragnieniu buntu, walki, po czym niepodejmowanie żadnego działania. W końcu zawsze jest ryzyko, że nie wyjdzie, a nad jojczącym to zawsze się ktoś przynajmniej użali.

Jeśli chodzi o sam spektakl: ostra, deathmetalowa muzyka i chocholi zespół w stylistce adekwatnej do gatunku wcale nie przeszkadza. Świetnie pasuje do tańca, który jest tak naprawdę śmiercią za życia. W dodatku zatańczonym w rewelacyjnym według mnie układzie choreograficznym autorstwa Maćka Prusaka, czerpiącym i z tańca ludowego, i z ruchu marionetek, i z ruchu robotów. Nawet chaos jest tu uporządkowany, ale w nienarzucający się sposób.

Powaliła mnie Monika Frajczyk w roli Panny Młodej. Jest naturalna, prosta, ale mądra w tej prostocie; dokładnie taka, jaką zawsze widziałam, czytając tę sztukę. Jest w wykreowanej tu postaci dużo światła, nie tylko dlatego, że ma białą sukienkę. Mimo minimalnych środków przejmuje scenę prawie za każdym razem, kiedy się na niej pojawia. A już mistrzostwem jest scena rozmowy z Poetą, w której opowiada o swoim śnie. Opowiedzieć o polskości z taką czułością i to jeszcze we współczesnym kontekście polityczno-społecznym! Jan Klata uciekł się tutaj do zabiegu, który już bywał stosowany w inscenizacjach „Wesela” – Panna Młoda jest w wysokiej ciąży. Kiedy Poeta każe położyć Pannie Młodej rękę na sercu, ona ją tak naprawdę kładzie na swoim brzuchu. Cudowna jest ta wielość skojarzeń, jakie można z tego wydobyć. W każdym razie ja się popłakałam, szczególnie że scena ta jest wspaniale wygrana przez aktorów, wyczekana, z dobrym wyczuciem czasu i słowa. Perełka.

Właśnie, aktorzy. To było pierwsze stwierdzenie, jakie zaświeciło mi w głowie na koniec spektaklu – że Teatr Stary ma niesamowity zespół aktorski. W zasadzie każda pojawiająca się na scenie postać rodziła podziw (może tylko Radosław Krzyżowski, którego gra wcześniej wiele razy robiła na mnie duże wrażenie, tym razem wypadł blado). Role wymagające mocnych środków nie były przeszarżowane (bo np. Czepca łatwo było by przeciągnąć na kiczowatą stronę mocy), subtelniejsze role nie były za blade. Spektakl jest bardzo wymagający pod względem fizycznym – jest dużo wyczerpującego ruchu – jednak nie tracił właściwego rytmu w miarę trwania. A jak napisałam, w „Weselu” ten rytm jest jedną z najważniejszych dla mnie rzeczy.

Nie rozumiem kilku zabiegów artystycznych (np. wyboru do roli Zawiszy Czarnego delikatnej dziewczyny), kilka mnie zachwyciło (jak wspomniana wyżej ciąża czy półnagość pojawiających się duchów, tudzież wybór aktora grającego w ostatniej scenie Jaśka – rewelacyjny pomysł moim nieskromnym, też z wieloma poziomami znaczeń), kilka rozbawiło (Wernyhora w jedwabnym szlafroczku i z reklamóweczką <3). Nie zgadzam się z sugestią, że Kościół jest jednym z czynników wprawiających ludzi w chocholi taniec (swoją drogą fajny pomysł z zastosowaniem w spektaklu piosenki „Chrześcijanin tańczy, tańcz, tańczy”, że o „Oto są baranki młode” nie wspomnę 😀 ). Kościół a właściwie wspólnoty świeckich, które w nim funkcjonują, są moim zdaniem jednymi z najdynamiczniej wpływających na rzeczywistość społeczną. Ale już przywykłam, że mój obraz mojej wspólnoty wiary różni się, często drastycznie, od tego, co widzą ludzie z zewnątrz. A fasadę mamy często, mówiąc oględnie, niezbyt wyjściową, więc nie każdy ma chęć wejść do środka.

Dobry kawałek teatru – sztuka, która wciąż pozostaje aktualna, i reżyseria, która wydobyła z niej kilka nowych znaczeń oraz uzupełniła o współczesne. Jeśli macie możliwość, przejdźcie się. Jest potem nad czym myśleć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s