[Nie]płodność w służbie polityki

Wirtualna Polska doniosła o potężnym sukcesie polskiego projektu dofinansowania in vitro zakończonego w 2016 r. – jego skuteczność wyniosła podobno aż 43%. Co przy średniej skuteczności (ok. 35%) metody IVF byłoby rzeczywiście wielkim sukcesem. Byłoby.

Dokopałam się do artykułu mówiącego o liczbie przeprowadzonych w ramach tego projektu transferów zarodka do macicy i potwierdzonych klinicznie ciąż. Pierwszych było 37,6 tys. a drugich – 11,8 tys. Urodziło się ostatecznie, jak podaje autorka artykułu, 8395 dzieci.

Skuteczność metody oblicza się, odnosząc liczbę ciąż bądź żywych urodzeń do liczby transferów zarodka. Pierwsze obliczenie daje nam skuteczność w granicach 31% (nie 43%). Drugie daje nam skuteczność nieco ponad 22% (zdecydowanie nie 43%).

Podana na wp liczba nie odpowiada nawet stosunkowi liczby ciąż do liczby urodzeń (w tym przypadku jest to 71% – na marginesie: jest to wysoki odsetek poronień, w przypadku naturalnego poczęcia jest to zaledwie kilka procent).

Ciekawa jestem, jak te 43% zostało wyliczone. Bo do żadnego wzorka nie pasuje.

Podobnie jak zawarte w tym samym artykule stwierdzenie, że terapia napro jest w jakikolwiek sposób powiązana z Narodowym Programem Zdrowia Prokreacyjnego. Z tego co wiem od lekarzy konsultantów napro, nie współpracują z ośrodkami, które powstały w ramach tego programu, bo po prostu ich do tej współpracy nie zaproszono.

I trzecia rzecz. Autorka tekstu pisze: „Na czym polega naprotechnologia? Jej podstawą jest przede wszystkim obserwowanie cyklu miesięcznego kobiety i badanie śluzu”. To jakby powiedzieć, że stomatologia polega na przeglądzie dentystycznym a leczenie serca na regularnym mierzeniu ciśnienia.

Obserwacje cyklu za pomocą Modelu Creighton to jedynie (i aż) podstawa diagnostyki w napro. Dzięki temu stosowana w niej metoda jest spersonalizowana – dobrana do danej pary lub pacjentki, jeśli chodzi o profilaktykę płodności. Łatwiejsze i tańsze są też dalsze kroki w diagnozie, bo wykres może dużo powiedzieć o prawdopodobnych przyczynach problemów. Samo leczenie polega jednak na stosowaniu metod znanych w ginekologii od dawna, część z nich została jedynie bardziej rozwinięta przez prof. Hilgersa i jego współpracowników. To zwyczajna medycyna, tyle że z bardziej indywidualnym i holistycznym podejściem.

Wreszcie zarzut, który pojawia się w lidzie tekstu na wp: niska skuteczność, bo po pierwszym roku leczenia na 16 par 3 zaszły w ciążę. Cóż, to skuteczność 18%, nie tak źle. Odrzucając jednak szyderę: terapia niepłodności to nie jest (z całą sympatią dla ortopedów) składanie połamanych kości – operujemy, unieruchamiamy i po kilku tygodniach pacjent na ogół może już zacząć rehabilitację i używac kończyny. Płodność jest złożoną funkcją organizmu, nie da się jej odzyskać, jakby się wciskało guzik w automacie, cykl kobiety trwa około miesiąca, więc na rok mamy do dyspozycji zaledwie 12 prób, a leczenie często oznacza, że z kilku trzeba zrezygnować. Wreszcie pełny cykl diagnostyczny napro (o ile te pary są leczone tą metodą) trwa dwa lata, niektóre pary leczą się nawet dłużej. To wszystko sprawia, że rok nie jest wymiernym okresem, jeśli chodzi o skuteczność tej formy terapii.

A najbardziej boli mnie upolitycznienie całej sprawy. Nieważne dobro par i dzieci, grunt, że mamy kolejny nabój do strzelania w bezsensownej nawalance o władzę.

Jedna myśl nt. „[Nie]płodność w służbie polityki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s