Celnik z Jerycha

Był niski. Jak tylko zaczął mu się sypać zarost, zapuścił brodę, żeby poważniej wyglądać, żeby nie brano go za dziecko. Drwili z jego drobnej postury, był popychadłem dla swoich rówieśników. Więc postanowił, że im udowodni. O tak, jeszcze będą się z nim liczyć, nie muszą go kochać, wystarczy, że będą się go bali. Kiedy pojawili się Rzymianie, wkupił się w ich łaski: oni potrzebowali lojalnego sługi, najlepiej kogoś z marginesu społeczności, ale nie przestępcy a on potrzebował pieniędzy, dużo pieniędzy, za które mógł kupić namiastkę poważania i namiastkę przyjaźni.

Zaczęli się go bać. Jak słodko było patrzeć spod przymrużonych oczu na błagających go o miłosierdzie dawnych prześladowców. I co z tego, że kiedy szedł przez miasto, widział w ich oczach szyderstwo? Oprócz szyderstwa byłam tam też źle skrywana zazdrość. Liczyli się z nim. Musieli. Ale jego serce było nienasycone, chciał wciąż więcej, nawet bycie zwierzchnikiem celników było niewystarczające – osiągnął maksimum, nie było już czego zdobywać a on wciąż czuł głód i pustkę. I ten lodowaty dystans, jakby przechodził przez miasto w niewidzialnej bańce, której granic nikt nie przekraczał.

Do Jerycha zaczęły docierać plotki o nauczającym nowym Rabbim, który ponadto miał dar uzdrawiania. I nie tylko to, że Jego cuda odpowiadały zapowiedziom proroków – on spotykał się z prostytutkami i celnikami a nawet jeden z nich, porzuciwszy swój zawód, został jego uczniem. Zacheusz poczuł, że coś w jego sercu drgnęło, kiedy usłyszał o Mattaju ben Levi. Drgnęła nuta nie poruszana od wielu, wielu lat, starannie ukryta nadzieja, omijana szerokim łukiem pamięć o pogardzie i odrzuceniu, której poruszenie rodziło tak olbrzymi ból.

I przyszedł ten dzień – na ulicach zbierał się tłum szepczący, że do Jerycha przychodzi Jeszua min Nazareth, TEN Jeszua min Nazareth. Zacheusz zbiegł szybko na ulicę, po raz pierwszy od wielu lat wmieszał się w tłum i próbował przepchnąć do pierwszego rzędu. Ale tu jego pieniądze nic nie znaczyły, ludzie odpychali go, bo był drobny, słaby. Jakby znów wróciło dzieciństwo a z nim ten ostry, mdlący ból. Zacheusz poczuł, że oczy napełniają mu się łzami, odwrócił się i zobaczył sykomorę. Krótka kalkulacja: „Jeśli nie wejdę na drzewo, nie zobaczę rabbiego. Jeśli wejdę na drzewo, stanę się jawnym pośmiewiskiem.” I wtedy po tłumie poszedł szept: „Idzie, idzie” a po chwili czyjś okrzyk: „Popatrzcie na sykomorę! Zacheuszek tam siedzi!” Ten rechot tłumu, ludzi, którzy się go do tej pory bali! Zacheusz, blady, ale zdeterminowany, siedział na gałezi i wpatrywał się w wylot ulicy. Nie, nie da sobie wydrzeć tej ostatniej szansy. Nie wiedział dokładnie na co, ale czuł, że to jest ważne, że musi zobaczyć Rabbiego z Nazaretu, Rabbiego od celników.

Do sykomory od bramy zbliżał się tłum, na czele którego szedł wysoki mężczyzna. Za Nim Zacheusz w grupce mężczyzn rozpoznał Mattaja. Mattaj też go dostrzegł, szepnął coś do Mężczyzny idącego na przodzie. On podniósł wzrok, dostrzegł drobną postać na drzewie i w Jego oczach pojawił się uśmiech. Zacheusz skurczył się wewnętrznie, przygotowany na ostateczny cios i wtedy usłyszał poprzez rechot ludzi: „Zacheuszu, zejdź prędko, bo dziś muszę się zatrzymać w twoim domu!” I co z tego, że byli tacy, którzy od razu zaczęli szemrać? Zacheusz byl przyzwyczajony. Ale nie był pewien, czy kiedykolwiek się przyzwyczai do tej głębokiej radości z bycia odnalezionym i przyjętym. I nie był wcale pewien czy chce się do niej przyzwyczaić…

3 myśli nt. „Celnik z Jerycha

  1. A ja znów u Ciebie na kawce 🙂

    Ładne. Coś ostatnio dryfujesz ku literaturze 🙂 Tak w ogóle, dobrze jest wchodzić w Pismo w ten sposób, wyobrażać sobie (pamiętając wszak o tym, że to pewna gra), ucieleśniać – więcej z tego rozumienia. To osobliwe, zdać sobie sprawę na przykład z tego, że niewielu wiedziało jak Jezus wygląda (gazet nie było ni telewizji…) – stąd potem ten pocałunek… stąd może i kłopoty z Rozpoznaniem po Czasie… Zacheusza bardzo lubię – zresztą ostatnio robi chyba coś w rodzaju kariery (Halik) 🙂

    Pozdrawiam

  2. Mnie się zawsze podobała scena, kiedy Jezus przyszedł nad jezioro i kazał zmęczonym i wściekłym rybakom (bo nic nie złowili) wypłynąć jeszcze raz. Wyobrażam sobie Szymona, który łagodnym barankiem nie był, co powiedział do swoich kumpli o, łagodząc wypowiedź, ignorancie, który się wtrąca profesjonalistom w sprawy zawodowe… I co musiało być w spojrzeniu Jezusa, że wściekły, porywczy rybak jednak wypłynął na jezioro… W ewangelii wypowiedź Szymona jest zawarta w jednym zdaniu, które czyta się na jednym oddechu. A mnie się zawsze widzi, że pomiędzy: całą noc łowiliśmy i nic, a zdaniem: na twoje słowo zarzucę sieci, mija całkiem sporo czasu. I w tym czasie dzieje się bardzo wiele…
    Nie mam takich zdolności, jak Pani Red. Nacz., dlatego poproszę o opowiastkę w interesującym mnie temacie. W razie czego nie omieszkam skrytykować, że nie o to mi chodzi 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s