Praca konkursowa

Bohjan ogłosił konkurs dla teologów wszelkiej maści na odpowiedź na pytanie o cierpienie, niniejszym więc zgłaszam akces i proponuję poniższe rozwiązanie.

Podstawowe założenie, jakie przyjmuję, to teza, iż cierpienie jest to doświadczenie a właściwie nasza reakcja na zetknięcie ze złem (podobnie określa to Philip Madre). Cierpię, bo dotyka mnie zło obecne w świecie. Jest to reakcja analogiczna do doświadczenia bólu i jako taka sama w sobie nie jest zła, pełni jedynie funkcję ostrzegawczą: coś mnie boli, więc trzeba to zmienić lub tego unikać. Objawienie mówi nam, że cierpienie zostało wprowadzone w rzeczywistość przez grzech pierwszych rodziców (por. Rdz 3), którego podstawą było zwątpienie w dobroć Boga i, w konsekwencji, nieposłuszeństwo Jego poleceniu.

Chrystus tę sytuację odwraca: ufa Ojcu do tego stopnia, że jest posłuszny aż po krzyż i śmierć, co więcej – przyjmując je doświadcza również duchowo i emocjonalnie samotności grzeszników (chociaż jest bez grzechu; por. Mt 3,27-34 i par.; Flp 2,6-8; Hbr 3,14-18). Jest to doświadczenie, które dotyka mistyków, dotykało zwłaszcza XX-wiecznych: oczyszczeni przez Ducha, doskonale zespoleni z Bogiem zostają wrzuceni w piekło osamotnienia będącego brakiem doświadczenia jedności z Nim (listy Matki Teresy z Kalkuty są krzyczącym wręcz świadectwem takiej sytuacji). Bóg ich nie zostawia – bez Niego Matka Teresa nie dokonałaby tego, co dokonała – „jedynie” odbiera poczucie swojej Obecności i wsparcia. Jest to doświadczenie zespolenia w miłości z Bogiem do stopnia, w którym można powiedzieć za św. Pawłem: „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20a). Do tej jedności można dojść z dwóch stron: doświadczając miłości zapragnąć uczestnictwa w krzyżu lub doświadczając cierpienia zapragnąć zjednoczenia w miłości. Ta druga droga jest o wiele częstsza niż pierwsza, choć wcale nie gorsza.

Kiedy dotyka nas cierpienie mamy dwa wyjścia: odrzucić je lub przyjąć. Jedynie ta druga droga daje możliwość twórczego przetworzenia cierpienia, ale sami z siebie nie jesteśmy do tego zdolni – nie potrafimy sami z siebie tak głeboko kochać, bo nasza natura jest naruszona grzechem. Dopiero w jedności z Bogiem stajemy się zdolni do takiego działania. To właśnie oznacza „oddawanie cierpienia Chrystusowi”.

Co to oznacza w praktyce? Jest to postawa modlitwy zawierzenia, oraz bezwzględnego bycia w prawdzie. Antonietta Meo nie chciała cierpienia – modliła się o zdrowie, jednak dopowiadała też, że przyjmie wolę Boga taką, jaka ona jest, nawet jeśli to oznacza ból i śmierć. Tak, jak Jezus w Ogrójcu: „Nie moja, lecz Twoja wola”. Jest to jeden ze śladów jedności Nennoliny z Jezusem, zjednoczenia.

Jak to się ma do grzeszników? Rzadko mówi się o tym, że każdy grzech (a więc czynienie zła) pociąga za soba czyjeś cierpienie. KAŻDY. Nawet ten najbardziej wewnętrzny i ukryty. I jeśli jego winowajca nie przyjmuje tego cierpienia, to ono przechodzi, jak kula śniegowa, z osoby na osobę dopóki nie trafi na kogoś, kto nie przerzuci go dalej, ale zgodzi się je przyjąć i przeżyć. Nennolina przyjęła na siebie cierpienie wynikające ze zła czynionego przez innych. Karą za grzech jest śmierć – kiedy Bóg to mówił, nie żartował. Ponieważ wielu z nas jest zbyt słabych, by przyjąć konsekwencje swoich grzechów, potrzebni są ludzie, którzy jednocząc się z Bogiem przyjmą je za nas.

I to by było na tyle – bardzo szybko i ogólnie. Jakby były jakies niejasności BARDZO prosze o uwagi 🙂

5 myśli nt. „Praca konkursowa

  1. Bardzo dziękuję – czuję jakieś rozjaśnienie i nieco ulgi 🙂

    Bliskie mi to, co napisałaś, co tym bardziej wzmaga chęć kontynuowania namysłu. Zrobiłem sobie notatki i jak przemyślę do końca to się jeszcze włączę 🙂

    Pozdrawiam z niskim ukłonem za wolę myślenia i odpowiadania na zaczepki 🙂 Ciekawe, czy jeszcze jakieś prace się znajdą :))

  2. Pani Elu,
    dziękuję za to przypomnienie, że grzeszymy nie bez konsekwencji dla innych.
    Również nie zbawiamy się (czy też nie jesteśmy zbawiani) w pojedynkę, osobno. Stąd cierpienie, i to nieposzukiwane przez nas, nie musi być daremne. Myśl ta wybrzmiewa szczególnie wyraźnie w prawosławiu. Szkoda, że nie zawsze odbija się szerszym echem w katolickich sumieniach…

  3. 🙂

    Pamiętam świadectwo prawosławnej, która nie mogła rzucic palenia i poszła z tym kłopotem do starca. On pomodlił się nad nią i powiedział, ze odtąd nie będzie juz miała ochoty na palenie. I rzeczywiście tak się stało – odstawiła papierosy bez objawów głodu nikotynowego. Tyle, że te objawy przeszły na tego mnicha 🙂 Miłość jest w stanie uczynić niesamowite rzeczy w naszym życiu…

  4. Ech, temat tak poważny, że trudno go w pełni przemyśleć i się zmieścić w okienku 🙂 Miast więc spisywać tu wszystkie myśli, jakie dzięki rozmowie z Tobą się wzbudziły 🙂 kilka przypisów tylko:

    1. Księga Rodzaju nie mówi o wprowadzeniu cierpienia, a przynajmniej zła (tu zaczynają się problemy nazewnicze, które pominę) przez człowieka. To jakiś augustyński pomysł, chyba. Mówi o tym, że raj (obszar współbycia z B.) był tylko częścią stworzonego świata, do którego dostęp miał także wąż… Człowiek zerwał więź z B. i wrócił do stanu niespełnienia i melancholii (to okazuje się złem największym – oddzielenie od B.), o którym mowa jest w wersji ze stworzeniem kobiety 🙂 Raj przestał go już cieszyć. Umarł – owszem – ale nie fizycznie. Zresztą nie zjadł jeszcze owocu z drzewa życia, więc fizycznie i tak by umarł.
    B. wyprowadził człowieka z raju, by właśnie tego nie zrobił i żadna to kara – raczej pierwszy akt zbawienia, bo jakby człowiek miał pozostać nieśmiertelnie smutny… Życie w nędzy poza rajem to konsekwencja czynu człowieka. Dlaczego poza rajem jest inaczej, boli, itd? „Myśli moje nie są myślami waszymi…”

    2. Nie wierzę, że B. chciał krzyża Jezusa (zob. przypowieść o tym, jak zabito syna właściciela winnicy), cierpienia – mniemam sobie, że raczej chodziło o wierność, świadectwo do końca, Miłość do końca.

    3. Nie wierzę też, że Miłość kończy się pragnieniem krzyża – najwyżej pragnieniem bycia do końca z ukochanymi, choćby w największym ich cierpieniu. To tak, jakby zostać z kimś w ogniu pożaru w sytuacji, gdy nie da się już tego kogoś wynieść (np. waży 200kg). Samobójstwo to nie jest na pewno, ale Miłość właśnie. To właśnie uważam za istotę chrześcijaństwa. Bycie do dna, Miłość do dna, Miłość większa niż śmierć. To właśnie – może – zrobił Jezus: pozostał z człowiekiem aż po dno jego szału zabijania i nienawiści…

    4. KAŻDY grzech ma swoje konsekwencje – to fakt… Tylko Miłość może wziąć na siebie jego konsekwencje. Być może rak także jest konsekwencją jakichś złych działań człowieka, choć niekoniecznie.

    5. Z tego co napisałaś, Elu, przy całej mej zgodności, wynika wszak, że napisałaś wbrew frazie o „ofiarowaniu cierpienia za grzeszników”. Wychodzi bowiem na to, że cierpienie można przyjąć – po prostu, nie próbując go przerzucić na innych, dalej (choć samemu jest się niewinnym); można też przyjąć w nim Jezusa. Jest to na pewno coś innego, niż wspomniana, kontrowersyjna formuła, usiłuje „przemycić”.

    Jeszcze bym się popisał, ale i tak za wiele – ufam, że jeszcze „sobie pogadamy”. Zaznaczam też, że w tym całym pytaniu nie mam nic przeciwko Małej Pięknej.

    Pozdrawiam:)

Odpowiedz na wera Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s