Chodzą po ziemi ludzie

Chodzą po świecie ludzie z czarną dziurą w środku. To jest taka studnia, w miejscu, gdzie inni ludzie mają korzenie swojego serca. Na samym dole tej studni jest zamknięte takie małe dzieciątko. Ono bardzo chciałoby stamtąd wyjść, ale nie ma drabiny a ściany studni są bardzo gładkie. I ono tam siedzi i płacze albo śpi i śnią mu się różne straszne sny.

Inni ludzie tutaj mają miłość swojej matki, która zapełniła tę studnię jak źródlana woda i wyniosła to dzieciątko na powierzchnię to znaczy pomogła mu stać się dużym człowiekiem.

Siedzę naprzeciw człowieka z czarną dziurą w środku. Patrzę w głąb jego oczu i widzę to małe, zapłakane dziecko na dnie studni. I jak ja mam mu wytłumaczyć, że eucharystia to nie kanibalizm, ale wymiana życia podobna do tej, która zachodzi w ciele matki noszącej w sobie małego człowieka?  Jej ciało karmi i buduje to małe ciałko, jej krew poi, leczy i oczyszcza tę rosnącą drobinę?

On wie tylko, że matka rodzi, w jego języku czytaj: wyrzuca z siebie i pozwala na odcięcie, odsuwa i zostawia: fizycznie, emocjonalnie, duchowo. Odwraca się i odchodzi zostawiając rozpaczliwie wołające na dnie studni dziecko.

Muszę pokombinować, musi być jakiś język, jakiś obraz, który pozwoli uwierzyć człowiekowi z czarną dziurą w środku, że w Ciele i Krwi odnajdzie Źródło, które zaspokoi pragnienie jego serca, napełni tę studnię czyniąc go dojrzałym człowiekiem, mądrzejszym jedynie o doświadczenie bycia uwolnionym z piekła odrzucenia.

9 myśli nt. „Chodzą po ziemi ludzie

  1. cyt.: „On wie tylko, że matka rodzi, w jego języku czytaj: wyrzuca z siebie i pozwala na odcięcie, odsuwa i zostawia: fizycznie, emocjonalnie, duchowo. Odwraca się i odchodzi zostawiając rozpaczliwie wołające na dnie studni dziecko.”

    W tym sęk, wydaje mi się, że problem jest nie z tym człowiekiem, tylko z matką, która nie „pomogła mu stać się dużym człowiekiem”. Pewnie nie pomogła, bo też nie umiała.

    I jak to naprawić? Czy te czarne dziury trzeba naprawiać? Czy Bóg nie chciał, żeby tak właśnie było?

    A swoją drogą Jezus powiedział, że matką są dla niego bracia, więc czy odrzucenia nie można zrekompensować akceptacją przez braci? O to chyba chodzi we wspólnotach, o tę akceptację, która prowadzi do dojrzałości, uczy mądrości przez doświadczenia. Dlatego musimy być wśród ludzi. Jakoś. Tak jakoś to widzę.

  2. Częściowo przyjęcie przez wspólnotę to zranienie leczy, ale nie wolno wręcz liczyc na to, ze inni ludzie zapełnią tę studnię, bo to za duże obciążenie dla nich. Na pewno potrzebna jest świadomośc, że się tę dziure w sobie nosi, świadomość, że ma się przez to tendecje do wieszania na innych i stawiania im niebosiężnych wymagań, których nie sa w stanie zaspokoić. A kiedy tę świadomość się ma można zrobić dwie rzeczy: przyjść z tym bólem do Jezusa i oddawać go Jemu za każdym razem, kiedy nie będziemy juz mieli sił go znosić, oraz przyjąć pomoc i obecność innych.

    To jest bardzo głebokie zranienie, bardzo długo i ciężko się leczy, ale podobne problemy miała Mała Tereska a nie przeszkodziło to jej zostać świętą i to jaką świętą! Także można, czemu nie 😉

  3. Ja się tak jeszcze zastanawiam, czy to dobrze, że tak dużo składamy na ręce Jezusa. Czy nie dobrze byłoby takiego delikwenta z czarną dziurą oddać najpierw psychologom do zdiagnozowania? Bo wiesz, oni zwykle pytają najpierw o relacje z matką. I czy do wszystkiego powinnismy przykładać religię? Może najpierw psycholog + wspólnota.

    Więc to, co kiedyś pisałaś o tzw. niezdiagnozowanych – to chyba jest ważne, żeby nazwać problem.

  4. Na pewno specjalistyczna pomoc w wielu przypdakach jest bardzo potrzebna i warto skorzystać. Zresztą mądry spowiednik jak widzi prolbem, to wyśle do psychologa i nie ma się co o to obrażać.
    Ale tez wielu terapeutów mówi o tym, że połączenie terapii z rozwojem duchowym przyspiesza jej przebieg. Sa tacy,, którzy zalecają adorację jako jedną z metod terapii i to skuteczną.
    Nie tyle chodzi o mieszanie nawet religii do wszystkiego, co o oddawanie wszystkiego Jezusowi, mówienie Mu o tym. On pomaga, naprawdę: przez ludzi, sakramenty, swoja Obecność w Eucharystii.

  5. Nie rozumiem tego co piszesz o adoracji jako metodzie terapii. Czy chodzi o uzdrawiającą moc działania Boga w życiu człowieka? Ale jeżeli tak to czemu akurat adoracja a nie jakaś inna „praktyka pobożna” ma być skuteczna w terapii? I dopowiedzenie (jeśli pozwolisz) do wypowiedzi Beaty: tu chyba chodzi o rozróżnienie religii od wiary bo sama religia (jak mówił kiedyś „pewien kaznodzieja”) jest ideologią. Jeżeli uwierzę złożę moje sprawy w ręce Chrystusa a on zadziała tak jak sam zechce (co nie znaczy że uzdrowi tak jak my byśmy tego chcieli i że nie będzie bolało). a samo patrzenie przez „pobożne okulary” to za mało. (To już zdaje się Ela wyżej napisała – a ja się chyba powtarzam albo nie umiem zwerbalizować tego o co mi chodzi)

  6. Moja znajoma, ktora miała poważne problemy psychiczne po tym, jak zajmowała się bioenergoterapią i pokrewnymi, usłyszała od terapeuty, że ma codziennie spędzić przynajmniej pół godziny na adoracji. Mówi, że na początku tylko siedziała, ale po pewnym czasie zaczęła odczuwać obecność Jezusa i dzięki temu wyszła ze swojego psychicznego zamknięcia spowodowanego depresją. To jedno 🙂

    Ponadto adoracja ma to do siebie, że często jest ona bierna, czyli jak mawiał pewien bretoński wieśniak: „Ja patrze na Niego, On patrzy na mnie i nic więcej nie trzeba”. Adoracja uczy tego, że już samo bycie jest cenne, że nie potrzebujesz nic więcej robić – to, że jesteś, wystarcza. I właśnie to doświadczenie leczy. Poza tym to jest trochę też tak, jak z wystawianiem się na słońce: jesteś przed Nim i dla Niego, dzięki czemu może On działać w Tobie bezpośrednio. To jest osobiste spotkanie, bycie razem. Dlatego takie cenne 🙂

  7. Czułam się bezradna, ale dzisiaj wreszcie przyszła mi do głowy odpowiedź na pytanie postawione przez Elę. Takiemu człowiekowi trzeba dawać dużo miłości. Ta miłość będzie wpadała w jego czarną dziurę i będzie się wydawało, że znika zupełnie bez śladu i nie ma żadnej odpowiedzi, która by zadowoliła nasze serce, dlatego potrzeba dużo wiary i nadziei, a nie tylko miłości. A pewnego dnia, zapewne bez żadnych wcześniejszych objawów, dziura nagle się zasklepi. To jest jedyna skuteczna „terapia”. Pomijam tu w tym momencie kwestię, jakie formy ma przybierać ta dawana miłość. To zależy od konkretnych sytuacji (ale ważna jest też modlitwa za tę osobę).

  8. Oj nie, oczywiście nie można się pchać we współuzależnienie. Trzeba bardzo pilnować, żeby zachować wolność wewnętrzną, i zawsze pamiętać, że pomoc drugiej osobie nie może niszczyć nas. I wycofać się, jeśli widzimy takie zagrożenie. Zresztą jeśli się współuzależnimy, to sami zaczniemy „potrzebować” tej osoby i to wpłynie na nasze postępowanie wobec niej. A wtedy możemy przynosić tej osobie więcej szkody niż pożytku. Myślę, że wbrew pozorom istnieje słabo widoczna z zewnątrz, ale wyraźna granica między tymi dwiema sytuacjami. Poza tym trudno i ryzykownie jest pomagać w ten sposób najbliższym osobom, właśnie z powodu zagrożenia, o którym mówisz. Miałam na myśli osoby bardziej „zewnętrzne” wobec nas oraz postawę rozumnej miłości w sensie ewangelicznym i pełnej szacunku akceptacji, a nie wchodzenie w toksyczne związki emocjonalne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s