Galicyjskie Los Angeles

Ubiegły weekend spędziłam w Los Angeles, czyli Mieście Aniołów, które tymczasowo zawitało do tarnobrzeskich dominikanów. Było słonecznie (jak to w LA), lekko wietrznie (jak to w LA) i po uliczkach prowizorycznej miejskiej scenografii (jak to w LA) snuli się niesamowicie normalni ludzie (a to już nie jak w LA). Były książki, starocie, loteria, strzelnica, grill, ciasto, biżuteria, koncerty… a zresztą czego tam nie było 🙂 A przede wszystkim było sympatycznie i świątecznie. Jarmark ten organizowany był po raz trzeci, zgromadzone na nim fundusze przekazywane są tarnobrzeskiemu Domowi Dziecka i dzieki nim dzieciaki moga wyjechać gdzieś na wakacje. Co roku udaje się zebrać coraz więcej pieniędzy i tym razem tez padł rekord: 10 000! To naprawdę olbrzymia kwota, bo ani impreza nie ma dofinansowania zewnętrznego, ani tamtejsze środowisko nie należy do najbogatszych w Polsce. Mam na myśli materialny stan posiadania, nie ten „serdeczny” – serca ci ludzie mają wielkie, to było widać i czuć.

Sprzedawałam tam kwartalnik i książki a w przerwach oddawałam się mojej ulubionej rozrywce, czyli obserwowaniu. Szef całego przedwsięzięcia – o. Wojtek Krok OP – błyskał swoim habitem i siłą spokoju w coraz to innym miejscu, ale to był jedyny połysk, bo gwiazdorem to on nie jest. I w tym tkwi jego siła i wartość: wymyślił trzy lata temu jarmark po to, żeby nauczyć dzieciaki ze swojego duszpaterstwa młodzieży, że świat nie kończy się na ich nosie i trzeba z siebie też daś coś innym. Myślę, że przy okazji osiągnął jeszcze taki skutek, że dzieciaki (ale nie tylko one, bo dorośli także) zobaczyły, że działanie przynosi owoc, że mogą coś zrobić, żeby zmienić świat wokół siebie. To szczególnie ważne dla tamtego środowiska, które bardzo źle zniosło przemiany ustrojowe. Po czymś takim zmiana na lepsze wydaje się niemożliwa, ale padre Wojtek z wierną ekipą (wszyscy machamy Prometeuszowi i Ekipie Biblioteczno-Klasztornej oraz Arturowi pod kroplówką 😀 ) udowodnili, że to sie tylko wydaje. Rzeczywistość jest piękniejsza i lepsza. Pomyślcie tylko – 10 000… a w zeszłym roku było „zaledwie” 5 000!

Zachwyciły mnie też dzieciaki: dwa dni biegania, załatwiania, malowania i innych robót ręcznych a kiedy wszystko się skończyło wczoraj późnym wieczorem taka niechęć do ruszenia się do domu… Bo znów się udało, bo trzeba się jeszcze nacieszyć, jeszcze przez chwilę zatrzymać to poczucie wspólnoty. Pięknie łączyły zaangażowanie ze sporą porcją zabawy. Zbudowały to miasto i nadały mu swój niepowtarzalny charakter. Cieszę się też, że padre przypomniał w swoim kazaniu o tym, że trzeba budować na Chrystusie. Takie akcje są piękne i wartościowe, ale jeśli zabraknie zakorzenia w Duchu, będą bezowocne. Zbierze się pieniądze, przekaże, ale nie zawiąże się wspólnota między tymi, którzy dają i tymi, którzy otrzymują. Oparcie na Bogu sprawia, że pomoc przestaje być działalnością charytatywną a staje się miłosierdziem.

Tymczasem mam zaproszenie na kolejny rok i kolejne wspomnienie do galerii Dobrych Wspomnień. Rzeczywiście w tym pełnym słońca powietrzu pod starodrzewem wokół klasztoru unosiły się lekko oczadzone dymem z grilla anioły. Myślę, że bez ich współudziału nie byłoby tak pięknie.

Jedna myśl nt. „Galicyjskie Los Angeles

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s